homoviator: (ErykBlause)
[personal profile] homoviator

roz.3
Szczęśliwe śliwki

 

To find a friend one must close one eye; To keep him, two.

 

Norman Douglas

 

 

 

 

 

Szczycił się tym, że jest drapieżnikiem, ale drapieżnikiem mądrym. Wiedział, kiedy się poddać, kiedy przeczekać, a kiedy zaatakować. Pewnie, chęć zemsty zaćmiewała mu czasami zdrowy rozsądek, ale był to wyjątek, o którym można było jedynie powiedzieć, że jest. Gdyby Eryk Lehnsherr nie potrafił kontrolować się i dobrze wybierać sobie pojedynków, nie przeżyłby wojny, powojennych resentymentów i ogólnie nie dałby sobie rady z życiem cichego zabójcy.

Charles wiedział, co wcześniej Eryk robił, jak się utrzymywał, co było jego głównym zajęciem. Tropienie śladów wywiezionego przed końcem wojny kapitału, skradzionego Żydom, było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Eryk nie wahał się zabijać, zastraszać, grozić i terroryzować. Nie kradł, zabierał tylko to, co zostało wcześniej zabrane jego pobratymcom, którzy już o nic nie mogli się upomnieć, bo już dawno zalegli w bezimiennych grobach. Całe rodziny, całe pokolenia. Tych, którzy przetrwali było niewielu, a tych, co mieli wystarczająco sprytu, energii i woli, aby upomnieć się o swoje, było jeszcze mniej. Zanim resztka ocaleńców zebrała się, aby otrzymać zadośćuczynienie, większość ich majątków już wypłynęła do Ameryki południowej, albo do U.S.A.

Eryk popłynął za majątkami, a potem je odbierał. Na różne sposoby. Bankierów, którzy byli mu posłuszni, ale posiadali rodziny, wnuki, jedynie zastraszał, innych, mniej skorych do współpracy i na ogół samotnych jak palec, nie oszczędzał. Zawsze pracował cicho, nie pozostawiając śladów, nikt nigdy nie potrafił dokładnie podać jego opisu. Zwykły, szary człowiek w szarym garniturze, jakich tysiące. Eryk był dumny ze swoich umiejętności, gdy nie chodziło o Shawa, był dobrym, twardo stąpającym po ziemi strategiem.

Dlatego na dzień swojego odejścia z rezydencji Charlesa Xaviera wybrał środę. W środy Charles jeździł do Nowego Jorku, spotkać się z dziekanem swojej uczelni i zrobić większe zakupy. Zwykle nalegał, żeby Eryk pojechał z nim i zwykle Eryk się godził, a potem dołączał także Hank, usiłujący zbudować kolejne cerebro. Wszyscy wciąż słuchali wyrzekań McCoya, że musiał zostawić swoje cudowne urządzenie w CIA i to nie fair, że agencje rządowe tak łatwo mogą zabrać wynalazcy jego twór, blokując zdobycie patentu. Eryk nie miał pojęcia, który urząd patentowy zgodziłby się wydać patent na technologię namierzania mutantów, nowego a wciąż utajonego gatunku człowieka, ale nie wnikał. Hank zawsze przyłączał się do podróży środowych Charlesa i kompletował swoje niekończące się listy potrzebnych części, kabli i matryc. Dobrze, bardzo dobrze. Hank rozproszy Charlesa a Eryk zniknie.

Przygotował się do opuszczenia rezydencji, spakował tylko niezbędne rzeczy i nie myślał o tym zbyt wiele. Zdziwił się jednak trochę, gdy w środę, zamiast zejść na śniadanie w garniturze, Charles przyszedł w swoim ulubionym, rozwleczonym swetrze i pogniecionych nieziemsko spodniach. Xavier wymamrotał coś o całonocnej lekturze Zygmunta Baumana, o przygodności losu i gotowości do sprostania zmianom antropologicznym, po czym zasiadł przy stole i wsparł głowę na dłoniach. W sposób oczywisty Charles był wycieńczony. I nigdzie się nie wybierał.

Eryk powstrzymał się od zapytania wprost, czemu Xavier nie jest ubrany do wyjścia, przecież wczoraj umawiali się, że jadą do miasta, przecież wczoraj... na szczęście pytanie zadane zostało przez Hanka.

"To dzisiaj nie jedziemy? Bo mnie już tylko jednego kabla brakuje..."

Alex, siedzący obok Hanka i smarujący sobie właśnie kanapkę dżemem, szturchnął go mocno w bok.

"Tobie to nie tylko jednego kabelka brakuje, mózgowcu."

"Odczep się prymitywie."

I tak zaczęły się przepychanki oraz walka o dżem i nóż do smarowania masła. Raven przewróciła oczyma i zaparzyła sobie rumianku a Sean z ponurą miną zalał sobie płatki kukurydziane mlekiem. Charles westchnął głęboko, pomasował sobie skroń drgającymi miarowo palcami, przygarbił się nad stołem. Był zmęczony. Nietypowo wycieńczony i nieapetycznie sflaczały. Chyba nocą robił trochę więcej niż czytanie antropologicznych książek. Żołądek Eryka zacisnął się z niepokojem i było to o tyle niezwykłe, że nie pamiętał, kiedy ostatni raz odczuwał tego typu niepokój, nie związany z zagrożeniem, z ukrywaniem się i podstępem. Niepokój o Charlesa był zwyczajny, zabarwiony serdecznością i niemalże...wygodny.

Eryk potrząsnął głową, po czym wstał od blatu kuchennej wysepki i włączył maszynkę do kawy. Głupoty. Bezsensowne głupoty, akurat teraz, kiedy miał uciekać.

"Wczoraj przyjechała wieczorem sąsiadka, pani Crawford." zaczął monotonnym głosem, w którym słychać było uśmiech, Charles. "Przywiozła nam dziesięć słoików z kompotem śliwkowym. Ma ogromny sad owocowy za swoją rezydencją i zawsze dzieli się z sąsiadami."

Eryk brzęknął z niezadowoleniem kubkami i wyjął z szuflady łyżeczki.

"Odkładasz rozmowę z dziekanem, żeby się najeść śliwek, Charles?"

"Powód dobry jak każdy inny." Xavier wygiął komicznie usta, mrużąc zmęczone oczy i spoglądając przez ramię na Eryka. "A śliwki pani Crawford są grzechu warte. Musisz spróbować."

Eryk spojrzał Charlesowi prosto w oczy, po czym bez uśmiechu odwrócił się do swoich kubków. Cholera jasna psia krew. Charles wiedział, że Eryk chce uciec i z rozmysłem prowokował go, żeby wypowiedział to na głos. Zwody i taktyczne rejtery były ulubionymi narzędziami Xaviera, a wszystko podane w sosie przyjacielskiej serdeczności, zakropionej współczuciem i dobrym humorem.

Przez chwilę kusiło go, żeby powiedzieć głośno i dobitnie, że odchodzi.

 

Ucieczka różni się od odejścia, mój przyjacielu. Powiesz mi, na czym ta różnica polega?

 

Spojrzał ostro na Charlesa, a ten tylko uśmiechnął się wąsko, po czym przechylił się w stronę kredensu i wyciągnął z niego słoik. Duży, ciemny słoik z grubego szkła. Charles złapał równowagę na krześle, zamknął nogą drzwi szafki, po czym podwinął rękawy i naprężył mięśnie. Zakrętka słoika ani drgnęła. Alex prychnął a Hank kopnął go pod stołem w kostkę.

Eryk bez słów wyjął słoik z rąk Charlesa, uderzył mocno w denko, po czym złapał porządnie pokrywkę i odkręcił. Po kuchni rozszedł się śliwkowy, słodki zapach ulepku owocowo-cukrowego. Charles uśmiechnął się i wyciągnął ręce po słoik a Eryk podał mu go. Ich palce przez chwilę zetknęły się na grubym szkle.

"Co ty taki słaby dzisiaj jesteś Charles?" zapytała Raven, pierwsza przerywając ciszę w kuchni. "Doprawdy, kiedyś w tych swoich książkach zaginiesz. Chociażbyś pamiętał o jedzeniu i spaniu, tak wiesz, od czasu do czasu."

Charles wzruszył ramionami i niezbyt stabilny na swoim krześle, znowu przechylił się, żeby sięgnąć do szafki. Teraz dopiero Eryk zauważył szary, niezdrowy rzucik na twarzy Xaviera, jego rozdygotanie i niepewne ruchy. Złapał oparcie krzesła Charlesa i postawił je mocno na podłodze, razem z Charlesem i jego słoikiem śliwek w cukrze. Zgrzytając zębami wyjął salaterki. Xavier uśmiechał się do niego tak szeroko, że aż cud, że nie nadciągnął sobie jakiegoś mięśnia twarzy.

"Co się dzisiaj z tobą dzieje, braciszku? Nigdy nie lubiłeś słodkiego." zauważyła podejrzliwie Raven, z zamyśloną miną chrupiąc ogórka.

"No, kto by uciekał od śliwkowego kompotu." odparł lekko Charles, wciąż szczerząc się do Eryka. "Tylko wariat. Jedynie wariaci uciekają od śliwek."

Nie mógł, po prostu nie mógł tego znieść, tych podchodów, kręcenia się jak grucha w przerębli, nie mógł znieść tego, że uwaga potężnego telepaty, siedzącego obecnie w kuchni w rozwleczonym swetrze z szarą od niewyspania gębą, uwaga telepaty ze słabością do śliwkowych kompotów, skoncentrowana jest na nim. I tylko na nim. A on właśnie chciał uciec, nie odchodzić, bo ucieczka oznaczała, że ktoś go będzie gonił, ktoś za nim podąży, będzie chciał go złapać i przyprowadzić z powrotem, przekonać. Czy to nie dziwne, czy to nie deprymujące?... Nie mógł tego znieść.

Zaczął się śmiać.

Alex zapatrzył się i niemal upuścił kubek z herbatą, Hank drgnął cały i zakrztusił się tostem, Sean zagwizdał z podziwem, a Raven, nakładająca właśnie do salaterek śliwkową, słodką papkę, otworzyła usta tylko po to, żeby zamknąć je z kłapnięciem. Eryk wiedział, że jego uśmiech nie należy do najpiękniejszych, ale Charles patrzył na niego jak na ósmy cud świata, i to, póki co, na razie mu wystarczało.

 

end

 

by homoviator 07/2011

 

From:
Anonymous
OpenID
Identity URL: 
User
Account name:
Password:
If you don't have an account you can create one now.
Subject:
HTML doesn't work in the subject.

Message:

 
Notice: This account is set to log the IP addresses of everyone who comments.
Links will be displayed as unclickable URLs to help prevent spam.

August 2012

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
26272829 3031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jul. 28th, 2017 04:44 pm
Powered by Dreamwidth Studios