homoviator: (LaughingEryk)
[personal profile] homoviator

roz.5.

 

Srebrny smok i burza

 

 

One of the oldest human needs is having someone to wonder where you are when you don't come home at night.

 

- Margaret Mead

 

 

 

 

Cały dzień był nie w humorze i było to wykańczające.

Denerwowało go wszystko, od uśmiechniętych bezmyślnie twarzy dzieciaków, które najwyraźniej za nic sobie miały zagrożenie bomby nuklearnej, po zagrzebanego w książkach, na wpół przytomnego Charlesa, zmagającego się właśnie z jakąś nową tezą, zamiast pojechać do nowo odnalezionych mutantów. Najwyraźniej dziekan nie dawał się zbyć tak łatwo, jakby sobie tego życzył Xavier.

Dziekan Charlesa także Eryka denerwował.

Denerwowało go szare, deszczowe niebo, skrzypiące schody, którymi co dzień schodził na śniadanie, denerwowały go spalone tosty, rozpaprany w paczuszce ser, który ktoś chyba paluchami usiłował spożywać, oraz fakt, że aby zjeść porządne śniadanie, zawsze musi przyrządzić je sam, a potem jeszcze przyrządzić je dla wszystkich. Jakby tak trudno było wyznaczyć sobie plan, podzielić i ustalić kolejność obowiązków kuchennych pośród gości rezydencji.

Denerwowała go wolna praca maszynki do kawy, oraz koszmar, który wybudził go z głębokiego snu o czwartej nad ranem, a z którego nie pamiętał nic, poza panicznym lękiem i obawą, że straci głowę. Coś o ciasnych, zamkniętych, metalowych pomieszczeniach, pile osiowej i granatowych oczach Charlesa. Denerwowało go, że nie rozumie tego snu, a mimo to jest po nim zdenerwowany i zły.

Zwlókł się do kuchni o piątej, dochodząc do wniosku, że już nie zaśnie, i równie dobrze może posiedzieć i posłuchać sobie cicho radia, albo poczytać gazetę. Ktoś w tym szalonym domu powinien śledzić polityczne ruchy przeciwników, podążać na najnowszymi newsami i wyciągać wnioski. Eryk nie wątpił, że Charles częściowo wykonywał te wszystkie czynności, ale Charles był teraz przygnieciony siłą autorytetu dziekana i na jakiś czas zajął się jedynie swoją pieprzoną tezą. Albo pieprzonym artykułem. Tym pieprzonym czymś, cokolwiek tam profesorowie pisali, żeby udobruchać dziekana, rektora i wszystkich świętych. Eryk nie wnikał. Denerwowało go, że Charles nie może sobie z nim zwyczajnie posiedzieć w kuchni i pogapić się za okno.

Gdy zaczęło dnieć Hank wszedł do kuchni, a widząc minę Eryka uskoczył mu niemal z drogi, co było komiczne, ponieważ Hank był od niego wyższy i potencjalnie także silniejszy fizycznie.

"To znaczy... ehm... dzień dobry Eryku." wybąkał McCoy, spuszczając wzrok i kuląc się niezgrabnie. Alex złapał go za łokieć i odciągnął w stronę lodówki, mrucząc coś wzburzonym głosem. Eryk nie słuchał, tylko dolał sobie z rozmachem kawy. Miał już dość tego całego teatrzyku, miał już dość przedszkola. Chciał akcji.

Tego dnia nie zrobił śniadania i nikt nie miał odwagi pytać, czemu. Może, gdyby Charles wygrzebał się z papierów, spytałby, czemu, ale Charles zabarykadował się w swojej pracowni i tylko Raven, z narażeniem życia, donosiła mu kanapki i kawę. Eryk z chęcią by ją wyręczył, ale nie był pewien, jak uzasadnić taką zamianę ról. Nie chciał się narzucać i przeszkadzać. Chciał działać i przestać denerwować się byle pierdołą.

Na zewnątrz było szaro, niebo przykryte jednostajną taflą płaskich, ciężkich chmur. Drobny, zajadły deszczyk bębnił o tysiące parapetów rezydencji Xaviera, powoli, ale skutecznie czyniąc świat mokrym, zimnym, nieprzyjaznym miejscem. Eryk, jak zwykle podchodząc do życia zadaniowo i cichcem się za to nienawidząc, ubrał się w dres, narzucił kurtkę i poszedł biegać. Przy trzecim okrążeniu ogrodów wschodnich, jak pouczył go Charles, omawiając plan rezydencji, rozpadało się na dobre. Przy czwartym okrążeniu zaczęło grzmieć. Nie myślał o tym, nie myślał o niczym. Wsłuchany w rytm swoich stóp na żwirowej ścieżce, brnął dalej w wypalający, wyczerpujący trening, który sam sobie narzucił.

Czasami czuł, jak z wielkich okien rezydencji dzieciaki obserwują go, skryte za kotarami, przyczajone. Nikt do niego nie dołączył, nikt nie starał się dotrzymać mu kroku w umęczaniu się biegiem w deszczu. Starał się nie dociekać, co sobie o nim dzieciaki myślą. Może się martwią, a może doszły do wniosku, że już całkiem zwariował, w końcu od początku balansował na krawędzi zdrowia psychicznego. Gdy złapał w oknie figurę Raven, czy Hanka, przyspieszał bieg i znikał w roślinnych labiryntach ogrodu. Nie cierpiał niepotrzebnych gapiów.

Rześkie, wilgotne powietrze nie zdołało go uspokoić. Deszcz przybierał na sile, żwirowa ścieżka stawała się powoli ścieżką błotnistą i grząską, a w butach zaczynało chlupać. Nie zamierzał jeszcze wracać do środka, a więc biegł dalej.

Nosiło go, chciał się wyżyć, chciał pozbyć się tej elektryzującej energii, która rozsadzała go od środka, drażniła, swędziała na wewnętrznych stronach dłoni, w pachwinach, w dole brzucha. Miał ochotę na tradycyjne rozładowanie napięcia, ale jego własna ręka wydawała się bardziej niż zwykle nie satysfakcjonująca. Miał ochotę na seks, nie byle jaki i przypadkowy, ale dobry, porządny seks, dziki, namiętny, taki, który by coś znaczył. Eryk w swoim życiu doświadczył dokładnie dwa razy tego rodzaju seksu, nigdy z tą samą osobą, nigdy osoba nie przeżywała dłużej niż tydzień. Obóz nie był dobrym miejscem ani na miłość, ani na zwykłe, rozpaczliwe, zwierzęce pieprzenie się.

Zabawne, Eryk po obozie Auschwitz nie poszukiwał już znaczącego seksu. Krótkie, szybkie schadzki starczały mu w zupełności. Były bezpieczne, anonimowe, pozwalały poczuć się na chwilę wyśnionym kochankiem, doświadczonym i czułym. Lubił tą rolę, być może względem obcych był nawet romantykiem a nie bezwzględnym cynikiem. Łatwo było odgrywać czułość, gdy wiedziało się, że spotkanie nie będzie mieć żadnej kontynuacji, nie spowoduje przywiązania się, odpowiedzialności. Eryk nie lubił odpowiedzialności. Ludzie zbyt szybko umierali, żeby się w nią bawić.

Teraz miał ochotę na seks, i ten znaczący i ten bez znaczenia, a w celu zaspokojenia swojej ochoty musiał pojechać do miasta. Przypadkowy seks w rezydencji Xaviera był nieosiągalny. Chociaż Eryk kilka razy złapał Raven na rzucaniu mu dziwnych spojrzeń, nie miał ochoty na kogoś, kogo Charles nazywał „siostrą”.

Z przygodnym seksem było tak, że trzeba było mieć na niego krzepę. Zarówno psychiczną jak i fizyczną. Fizyczną, żeby w razie czego na stojąco przelecieć kogoś w nietypowym miejscu, psychiczną, żeby wyłowić w tłumie odpowiednią panią, i oczarować ją, dając jednocześnie do zrozumienia, że nie chodzi o nic stałego. Kobiety zwykle łapały w lot, o co chodzi, i albo godziły się, albo odchodziły, i trzeba było ponownie namierzać kandydatkę. Zdarzało się też i tak, że spotkało się na swojej drodze istotę tak czystą, prostą i miłą, że nie odczytywała ona żadnych znaków, sugerujących, że chodzi o seks, a nie miłość do grobowej deski, wierność, dzieci i domek z białym płotem. Eryk zwykle peszył się w takich momentach okrutnie. Nic tak bardzo nie obnażało cynizmu i wyrachowania, jak naiwna szczerość i prawda.

Na szczęście dość szybko nauczył się namierzać odpowiednie kobiety. Był przystojny, dobrze zbudowany, ponadto w sposób niewymuszony roztaczał aurę siły i zdecydowania, coś, co dość mocno oddziaływało na przedstawicielki płci pięknej. Nie mówił za dużo, był oszczędny w słowach, koncentrując się raczej na kontakcie wzrokowym i mowie ciała. Charles, człowiek katarynka, ze swoimi tanimi tekstami na podryw, gadatliwym emablowaniem i błyskaniem zbędną przy grze wstępnej elokwencją, mógłby się od Eryka uczyć sztuki uwodzenia. Uwodzenie nijak się miało do zdobytej wiedzy, uwodzenie opierało się na przyciąganiu, czymś dużo bardziej cielesnym i zmysłowym niż potoki wyspecjalizowanych słów. Podryw "na profesora" zdecydowanie Charlesowi nie wychodził, jeżeli zniecierpliwione panie, umykające do toalety, żeby "przypudrować nos", były tutaj jakimś wyznacznikiem. Panie ze swojego pudrowania zwykle już nie wracały, zostawiając nadymającego się uroczo Charlesa z Erykiem. Piwo i leniwa, przyjacielska konwersacja szybko leczyły rany.

Czasami Eryk zastanawiał się, jak Xavier radzi sobie z potrzebą seksu. Charles ze swoimi naukowymi gadkami, z szarymi swetrami, rękami utkniętymi w nieszczęśliwie rozciągniętych kieszeniach spodni, nie jawił się jako namiętny kochanek, ale Eryk wiedział lepiej. Ci niepozorni i spokojni zawsze mieli w sobie najwięcej ognia.

Wrócił ze swojego deszczowego joggingu, kapiąc w przedpokoju wodą z kurtki. Raven i Angel zerknęły na niego ciekawie zza otwartych drzwi salonu, ale widząc jego wzrok, zrejterowały pośpiesznie, szepcząc i chichocząc. Uśmiechnął się sam do siebie, przesunął dłonią po zmierzwionych, mokrych włosach, opadających mu na czoło. Miał coraz mniej włosów do odgarniania. Psia krew.

Wziął gorący prysznic, przy akompaniamencie burzowych grzmotów, wytarł się pośpiesznie i zdecydował, że jedzie do miasta. Był zdrowym, aktywnym mężczyzną i, w przeciwieństwie do pewnych profesorów w szarych swetrach, potrzebował seksu częściej niż raz na miesiąc. Ubrany w swój standardowy golf i wyjątkowo jasne, tweedowe spodnie, poszedł do pracowni Charlesa, aby wziąć od niego klucze. Obaj zgodzili się co do tego, że lepiej, aby ktoś miał je ktoś dorosły, ponieważ pozostawione w stacyjce tylko kusiłyby dzieciaki. Eryk nie chcąc być zbyt napastliwym na początku, zgodził się, żeby to Charles sprawował władzę nad samochodami. Teraz tego żałował, ale nie było to coś, o co warto było kruszyć kopię.

Wystarczyło przecież Charlesowi powiedzieć, że potrzebuje kluczyków. Xavier nie byłby w stanie mu odmówić.

Zapukał kurtuazyjnie trzy razy, odczekał, po czym naparł na drzwi. Ustąpiły dopiero po chwili, z dziwacznym, szurającym dźwiękiem przesuwanego kartonu.

"Zaraz, zaraz! Poczekaj! Niech no tylko to odstawię!"

Po kilku chwilach oczom Eryka ukazał się rozczochrany Charles, ze śladem książki, odciśniętym na twarzy i nieco błędnym wzrokiem kogoś, kto czytał o sześć godzin za długo.

"Przepraszam. Zasnąłem. I musiałem odnaleźć jedną książkę. Jak się okazało, była w kartonie, na tyłach pokoju." Charles odsunął wspomniany karton tak, żeby przepuścić Eryka, i uśmiechnął się słabo. " W czym mogę pomóc?"

"Kluczyki. Chcę pojechać do miasta." obwieścił krótko Eryk, nie uznając za zasadne tłumaczyć się, i to przed telepatą na dodatek.

"Ale... jest burza..." zaczął Charles, spoglądając najpierw za okno a potem na Eryka. "W burzę chcesz jechać?"

Eryk nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się wąsko. Charles poczerwieniał na szczytach policzków i odwrócił wzrok.

"Wiesz, poczekaj." Xavier zaczął zdejmować swój podomowy kardigan i kopnął jednego kapcia w kąt. Miał na stopach skarpety nie do pary. "Ubiorę się i pojedziemy razem. Też mam coś do załatwienia w mieście to akurat..."

Eryk spojrzał na niego trzeźwym wzrokiem osoby dorosłej, pertraktującej z dzieckiem, po czym policzył do dziesięciu. Od tyłu. Po francusku. Nie, nie było sensu denerwować się na Charlesa, nie było sensu denerwować się w ogóle, tylko trzeba było pojechać do miasta, wyżyć się erotycznie i już... Eryk położył rękę na ramieniu Charlesa, unieruchamiając go na chwilę. Ciemnoniebieskie oczy spojrzały na niego, miękkie, ufne i kurcze, Charles czasami był jak te naiwne, szczere kobiety, które zamiast odczytywać seksualne innuendo widziały propozycję małżeństwa.

"Pojedź jutro, Charles. Jak się wyśpisz. Ja lepiej dam sobie radę sam, bez urazy oczywiście."

"Oczywiście." potaknął Xavier, wciąż czerwonawy na policzkach i w jakiś kuriozalny sposób urażony, obrażony. "Znaczy, wolisz w tą burzę sam jechać..."

Eryk potrząsnął głową i założył ręce na piersi.

"Jak na telepatę wolno załapujesz. Tak, chcę jechać sam. Chcę znaleźć sobie kobietę i uprawiać z nią wyuzdany seks. Kilka razy. Całą noc."

Chciał Charlesa zdeprymować, zawstydzić i zmieszać. Chciał sprowokować u niego stan, w którym sam się znalazł, podrażnienie, ekscytacja bez wyraźnego powodu, zdenerwowanie. Chciał... sam nie wiedział, czego chciał.

Charles spojrzał na niego nagle rozszerzonymi oczyma, jakby dopiero teraz zrozumiał coś bardzo istotnego.

"Czy to wszystko czasami nie przez burzę? Cały dzień kręcisz się po rezydencji jak tykająca bomba zegarowa i nie wiesz, co ze sobą zrobić..."

"Doskonale wiem, co ze sobą zrobić." oznajmił twardo Eryk i wyprodukował w myślach bardzo wyraźny obraz nagiej kobiety, rozłożonej obscenicznie na łóżku. Charles drgnął, dziabnięty ową prostolinijną, ale czerstwą myślą, ale nie zatrzymał się. Kilkoma zdecydowanymi krokami podszedł do okna i odsłonił je, pociągając niezbyt delikatnie kotarę. Kilka żabek puściło. Eryk westchnął i sięgnął swoją mocą. Żabki posłusznie ponownie złapały zsuwającą się już w dół kotarę. Charles nie zwracał na to uwagi, Charles patrzył za okno, na popołudniowe, zachmurzone niebo. Raz po raz błyskało, niezbyt intensywnie, ale regularnie.

"Może reagujesz w ten sposób na wyładowania elektromagnetyczne. Za dużo energii masz dookoła siebie, więc usiłujesz ją rozładować, ale nie wiesz jak."

"No właśnie wiem, jak. Kluczyki, Charles." Eryk wyciągnął władczo dłoń, a Xavier oklapł i pokręcił z niedowierzaniem głową, Wzdychając teatralnie sięgnął do szuflady swojego zawalonego książkami biurka. Gdy położył kluczyki na dłoni Eryka, przebiegł pomiędzy nimi prąd, coś na kształt syczącej, szczypiącej w język iskry. Charles cofnął rękę, śmiejąc się nerwowo i przytrzymując się za palce. Eryk wymamrotał jakieś niechętne "dziękuję", odwrócił się na pięcie i umknął z pracowni Xaviera. Byle dalej od jego ufnych spojrzeń, skarpet nie do pary i telepatycznego zrozumienia.

Piorun strzelił gdzieś wyjątkowo blisko, aż spoiwo, trzymające razem kamienne bloki rezydencji, jęknęło.

Eryk nie miał chęci rozważać teraz, co i jak, pola elektromagnetyczne, wyładowania atmosferyczne, puszczający iskry dłońmi telepata. Nie miał na te wszystkie rozważania i indagacje chęci, ani czasu. Chciał wydostać się z rezydencji, chciał pojechać do miasta, gdzie będzie miał dookoła mnóstwo rozrywek, które pozwolą mu na chwilę rozluźnić się, zdekoncentrować, oszołomić. Chciał uprawiać seks, a nie o nim dyskutować, tak, jak zrobiłby to Charles.

W drodze do garażu minął Alexa, który, chociaż naśmiewał się wcześniej z Hanka, sam tym razem uskoczył mu z drogi. Eryk nie wnikał, w przedpokoju mimochodem spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Blada twarz o nienaturalnie wyostrzonych rysach, pałające, lśniące niezdrowo oczy i zaczerwienione, zaciśnięte wrogo usta. Nie wyglądał najlepiej, może w drodze do miasta, uspokoi się trochę, inaczej nici z polowania. Wyglądając jak nawiedzony furiat tylko wypłoszy potencjalne partnerki.

Dojechał do Nowego Jorku, jakby go diabeł gonił. Lawirując zgrabnie i przesuwając nieco swoją mocą przeszkadzające mu w parkowaniu samochody, wysiadł w końcu przed barem Red Eye, i odetchnął głęboko. Klepnął się siarczyście po policzkach, uśmiechnął, wyprostował zrolowany na karku golf.

W barze panował przyjemny półmrok, co tylko nadawało mu przytulności, zważywszy na panującą na zewnątrz zawieruchę. Smooth jazz płynął z głośników, podłączonych do radia, stary grzejnik przy drzwiach rzucał żółtawe blaski, a za barem siedziała duża, tłusta kobieta, obojętnym wzrokiem zerkając na nielicznych klientów, pousadzanych w kątach lokalu. Tego typu bary Eryk lubił, nie jakieś wielkomiejskie szklane pudełka, pełne pustych jak lalki ludzi, odzianych w markowe stroje i równie markowe uśmiechy. Tutaj przychodzili ludzie zwykli, pracujący, żyjący z dnia na dzień, harujący od ósmej do szesnastej, aby o osiemnastej rozprostować kości, podnieść głowę i się rozerwać.

Po lewej stronie baru, na niewielkim parkiecie, tańczyła w somnambulicznym transie dziewczyna. Jej czarne włosy i ciemna karnacja zdradzała latynoskie pochodzenie. Miała wąską talię i szerokie biodra. Tańczyła sama. Eryk zamówił piwo i nie spuszczając wzroku z nieznajomej, wychylił je niemal duszkiem. Otarł dłonią twarz. Latynoska spojrzała na niego spod rzęs i uśmiechnęła się.

Gdzieś za oknami baru zaczęła się burza.

 

///////////////

 

Wrócił grubo po trzeciej nad ranem i sam czuł, że śmierdzi. Potem, seksem, tytoniem, piwem, mieszanką skórzanych obić samochodu, kwiatowych perfum i rozlanej wódki. Kurcze, będzie musiał wziąć prysznic. Nienawidził kłaść się do łóżka brudny. Wtoczył się do przedpokoju, przytrzymując się ściany i mrużąc oczy. Nie zapalał światła, nie chciał nikogo zaalarmować swoim powrotem.

"Daruj sobie spóźnioną grzeczność, Eryk." odezwał się chłodny, nieprzyjemnie płaski głos, po czym u stóp schodów stanął Charles. W szlafroku narzuconym na flanelową, bobkującą się piżamę wyglądał jak duch czyjejś perfidnie zdradzonej, zazdrosnej żony. Tylko wałka w ręku mu brakowało. Eryk uśmiechnął się i wyciągnął do niego dłoń, ale Charles odsunął się szybko, wyraźnie wzburzony.

"I jeszcze się ulałeś."

"Każdy ma swoje rozrywki. Ty smażysz sobie mózg w cerebro, ja idę się ulać." Eryk zrobił głośno wydech, śmiech buzował w nim powoli, rosnąc i pęczniejąc, aż wreszcie uwolnił się mu z gardła w postaci suchego skrzeku, zakończonego kaszlem.

Charles przewrócił oczyma i pchnął go w stronę kuchni. Eryk, usadzony przy kuchennej wysepce patrzył bezmyślnie, jak Xavier przyrządza kawę, jak jego smukłe, arystokratyczne dłonie wyciągają kubki z szafki, jak odmierzają kawę srebrną łyżeczką... raz, dwa, trzy... a potem cukier i...

"Łoż no!"

Charles upuścił z rąk łyżeczkę, która wygięła się w ozdobny precel. Eryk zmarszczył się i potarł czoło dłonią, zalatującą dziwnie smażeniną. Jadł coś smażonego?

"Przepraszam. Cholera. Coś dzisiaj... nie jestem sobą..."

"Zamiast rozbijać się po mieście i łapać trypra, mógłbyś zostać i spraktykować, jak wyładowania elektromagnetyczne burzy oddziałują na twoją moc." zauważył oschle Charles, po czym podniósł wygiętą łyżeczkę z podłogi i wyrzucił ją do kosza na śmieci. "Doprawdy. A narzekasz na dzieciaki."

"Zamiast gderać, sam poszedłbyś do klubu i spuścił z krzyża. Zwariujesz tutaj sam, z tą swoją telepatią i brakiem seksu."

Charles puścił mimo uszu ostatnią uwagę i odrobinę za mocno postawił przed Erykiem kubek z kawą.

"Pij. Poczujesz się lepiej i przestaniesz się denerwować. Masz wystarczająco koordynacji oko-ręka, żeby dojść do swojego pokoju, umyć się i iść spać?"

"Wynoś się z mojej głowy, Charles."

"Zmuś mnie."

Przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy. Ciemnogranatowe ślepia Xaviera, rozszerzone nienaturalnie i dziwnie zdecydowane, nieruchome, były nadspodziewanie pociągające w kuchennym półmroku. Magnetyczne. Eryk nie zauważył nawet, kiedy zaczął pochylać się ku tym ślepiom, osłupiały i znieczulony... Za oknem błysnęło a potem huknął grzmot, rozświetlając niebo precyzyjną, wąską, błękitną błyskawicą.

Kolejna łyżeczka w rękach Charlesa zgięła się w nieregularny zygzak.

"Och." wydusił z siebie Eryk, nie wiedząc, co powiedzieć, a Charles uśmiechnął się do niego, cały miękki, wełniany i nagle niesamowicie, niebezpiecznie, nieodparcie bliski.

"Mój przyjacielu, musimy koniecznie zbadać twoje moce, wystawione na działania elektromagnetyczne." Charles przesunął wskazującym palcem po zgiętej łyżeczce, jakby głaskał małego, srebrnego smoka. „Jutro także zapowiadają burze.”

Eryk odkrył, że nie potrafi znaleźć żadnych adekwatnych słów, więc skinął tylko potakująco głową.

 

 

 

end

 

by Homoviator 07/2011

From:
Anonymous
OpenID
Identity URL: 
User
Account name:
Password:
If you don't have an account you can create one now.
Subject:
HTML doesn't work in the subject.

Message:

 
Notice: This account is set to log the IP addresses of everyone who comments.
Links will be displayed as unclickable URLs to help prevent spam.

August 2012

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
26272829 3031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jul. 28th, 2017 04:45 pm
Powered by Dreamwidth Studios