homoviator: (XmenMuppets)
[personal profile] homoviator

roz. 6

Role do odegrania

 

 

Friendship is unnecessary, like philosophy, like art... It has no survival value; rather is one of those things that give value to survival.

C. S. Lewis

 

 

Charles mylił się. Następnego dnia nie było burzy. Piękne, jasne słońce i czyste niebo powitały skacowanego Eryka, schodzącego na dół na śniadanie niczym człowiek stary i nieużyteczny. Krok po kroku, stopień po stopniu. Miał wrażenie, że gdyby ruszył się szybciej, rozsypałby się i połamał jak stary leżak. Psyknął, gdy nieco odważniejszym ruchem uraził dudniącą boleśnie głowę, po czym z zamkniętymi oczyma zajął swoje miejsce przy stole. To, że po raz pierwszy w dorosłym życiu posiadał coś takiego, jak swoje miejsce przy stole, pomiędzy Charlesem a Raven, może i by go cieszyło, ale nie dziś. Nie w przeraźliwie jasny, słoneczny dzień po dniu pełnym burz, deszczów i błyskawic. Ten potworny, mdły bezwład nie mógł być spowodowany jedynie alkoholem i wyuzdanym seksem z nieznajomą. Eryk znał siebie i swoje limity, nie przekroczył ich poprzedniej nocy, chociaż był blisko.

Jeżeli tak działały na niego wyładowania elektromagnetyczne, to nie chciał mieć z nimi nic wspólnego.

Charles chyba specjalnie wstał wcześniej, żeby specjalnie spalić Erykowi tosty i specjalnie patrzeć na niego z rozbawieniem i politowaniem. Cholera. Charles nie był jedynym, który patrzył, jak Eryk ostrożnie oddycha i ostrożnie wyjmuje sobie kubek z szafki. Konfrontacja z dzieciakami była co najmniej nietypowa. Spodziewał się ukradkiem rzucanych żartów i kpiących spojrzeń, tymczasem Sean drzemał, pochylony nad talerzem z nadgryzionym tostem, Raven siedziała naburmuszona, zerkając z niezadowoleniem na Hanka, miażdżącego metodycznie łyżką swoje płatki kukurydziane, a Alex, zniecierpliwiony, raz po raz złapał McCoya za ramię.

"No przestań już! Twoja maszynka zadziała. Na profesora zadziałała, zadziała i na Eryka. Nie schizuj, Hank. Jeść nie można."

Eryk zmarszczył brwi i nie wstając z krzesła nalał sobie ogromny kubek kawy. Czuł, że coś się święci i nie podobało mu się to, że robiło się z tego przed nim tajemnicę. To znaczyło, że rzecz dotyczy jego osoby, a to nie podobało mu się jeszcze bardziej.

"Co jest?" zapytał wprost, gdy Charles usłużnie przysunął słoik z miodem i z grzeczną, sztywną miną wyrzucił mu na talerz dwa, spalone tylko do połowy, tosty. "Boję się Greków nawet, gdy składają dary."

"Grecy z pewnością nie podarowaliby nikomu zwęglonych tostów." zauważył uczynnie Hank, a Alex westchnął z rozbawieniem i ukradł mu z płatków suszoną morelę. Paluchem.

Hank, oczywiście, zareagował jak rozjuszona bestia, której zabierają żarło.

"Hej! Summers, byś się powstrzymał! No nawet przy stole! Jedna dzicz!"

Eryk wziął dużego łyka kawy i odetchnął ostrożnie przez nos. Przynajmniej wiedział, kto rozgrzebuje mu o poranku paluchami ser i będzie mógł potem pociągnać winnego do konsekwencji.

"Otóż, drogi przyjacielu, Hank popełnił dzisiaj w nocy maszynę. Elektromagnes o dużej sile, który pomoże nam w twoim treningu." wygłosił Charles, jakby już miał tą formułkę przetrenowaną i przemieloną z tyłu na zad i z powrotem. "Burzy, co prawda, ci nie zorganizujemy, ale możemy dostarczyć innych źródeł pola magnetycznego."

Eryk zacisnął szczęki a noże i widelce na stole zadźwięczały trwożnie. Sean otworzył usta, żeby coś powiedzieć, i wypadł mu z nich kawałek szynki. Raven skurczyła się wyraźnie w swojej pięknej blond formie. Alex przysunął się obronnie do Hanka, który zaczął wypluwać z siebie usprawiedliwienia, że maszyna jest całkiem bezpieczna, co prawda nigdy nie wypróbowywał jej na organizmie ludzkim, ale króliki są równie dobre, no i z taką mocą magnetyczną, maszynka powinna wyzwalać nowe pokłady energii...

Eryk nie słuchał.

"Chcesz ze mnie zrobić szczura laboratoryjnego?" zapytał groźnie, mrużąc oczy i patrząc prosto na Charlesa, tak, jakby w kuchni znajdowali się tylko oni dwaj i nikt więcej. "Chcesz mnie załatwić jakiś urządzeniem, tak jak załatwiłeś siebie parę dni temu?"

"Nie, nie o to mi chodzi." usiłował utrzymać zimną krew Charles, uśmiechając się uspokajająco do dzieciaków i strzelając w Eryka dezaprobującym spojrzeniem. "Chcemy ci tylko ułatwić trening. Twoja moc reaguje na wyładowania elektromagnetyczne, dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego i w jaki sposób to robi."

"Tak, to może być cenna wskazówka do chwilowego powiększenia twojej mocy, do uziemienia jej. Być może do uzależnienia jej od biegunów ziemi..." zaczął Hank, ale umilkł pod ciężkim spojrzeniem Eryka. Alex zmarszczył brwi i przysunął się do McCoya jeszcze bliżej, ale nie odważył się nic powiedzieć.

"Nikt nie będzie na mnie robił eksperymentów." wycharczał Eryk przez zaciśnięte zęby i wstał od stołu. "Może Charles pozwala sobie robić wiwisekcję w imię jakiś pierdołowatych, humanistycznych ideałów, ale ja taki głupi nie jestem."

"Eryk..." zaczął Charles, jak do krnąbrnego dziecka, ale Eryk tylko strzelił w niego spojrzeniem.

"Nie, powiedziałem."

Naiwniacy. Widać nigdy nie zetknęli się z prawdziwym mistrzem eksperymentów, Sebastianem Shawem, który kochał eksperymentować, zwłaszcza badając słabość swoich obiektów. Szlifuj słabość tak, aby stała się twoją siłą, mawiał, a potem żelazne pręty zaciskały się na głowie Eryka a skórzany pas pozbawiał go możliwości krzyku.

Toster wygiął się z trzaskiem i pęknął na dwoje. Eryk z wściekle bijącym w piersi sercem, odwrócił się, powiódł po wszystkich wyzywającym wzrokiem, po czym, zaciskając pięści, wrócił do swojego pokoju. Godzinę później przyszedł do niego Charles, z herbatą jaśminową i propozycją, która nie zawierała w sobie eksperymentów, maszyn, ani testów.

 

////////////////

 

Pierwszy mutant, którego Charles za pomocą nie dokończonego cerebro odnalazł, od razu chwycił Xaviera za serce i nie chciał puścić. Eryk mógł się tego spodziewać. Najmłodszy profesor na uniwersytecie oksfordzkim, biegający po swojej wielgachnej rezydencji w rozwleczonych kardiganach i przyklapniętych kapciach, na przekór CIA usiłujący zebrać ze sobą w jednej organizacji nowy gatunek rasy ludzkiej, po prostu musiał mieć słabość do małych zwierzątek. I małych, niebieskookich blondyneczek, ze złotymi włosami, zapiętymi zabawnie, odzianych w różowe fartuszki, zasłaniające podrapane kolana.

Pierwszy mutant, którego Charles Xavier odnalazł nazywał się Rebeka Hall, i wcale nie wyglądał groźnie. Wyglądał na pięcioletnią, malutką dziewczyneczkę, lubiącą bawić się w ogródku ze swoim psem i nanoszącą w związku z tym mnóstwo strasznych zarazków do domu.

"Becky! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś myła ręce jak się skończysz bawić z psem! Potem jesz te wszystkie bakterie!

Mama mutantki, drobna, szczupła kobieta ubrana niczym bizneswoman klasy średniej, w garsonkę i grzeczną sukienkę za kolana, wychynęła z domu z rozwianym włosem. Rebeka spojrzała na nią z uśmiechem, szczerząc swoje proste, białe, równie mleczaki.

"Maks mówi, że chce do parku! Że tam jest już jego kolega, piesek Marit, i chciałby tam pobiegać! Mama, pójdziemy?"

Eryk i Charles wymienili się spojrzeniami, po czym zwrócili się ponownie w stronę klęczącej przy psie dziewczynki. Mała wyszeptała coś futrzakowi do ucha. Pies szczeknął dwa razy, zamachał ogonem a potem rzucił się na mamę w garsonce, obśliniając jej rajstopy.

"Mama! Maks chce iść! Proszę, możemy iść do parku?"

"Teraz nie! Teraz jedziesz do przedszkola, młoda damo, a pies zostaje w domu." mama mutantki piknęła kluczykami od samochodu, wystawionego już z garażu i wyraźnie gotowego do akcji. "Wsiadaj, jedziemy... przepraszam, a kim panowie są?"

Eryk drgnął i instynktownie nastroszył się, gotowy do sprzeczki, natomiast Charles uśmiechnął się, wyciągnął dłoń i przedstawił się płynnym głosem kogoś, kto zarabia mówieniem, przedstawianiem swoich tez i generalnie elokwencją. Boże broń przed pracownikami naukowymi.

"Dzień dobry. Nazywam się profesor Charles Xavier a to mój przyjaciel, Eryk Lehnsherr. Prowadzimy nabór do szkoły dla dzieci specjalnie uzdolnionych. Pani córka jest wyjątkowym dzieckiem, jak widzę. Czy moglibyśmy chwilę porozmawiać?"

Mama mutantki zmierzyła ich od stóp do głów taksującym spojrzeniem, ale uśmiech Charlesa i jego niegroźna, przyjemna dla oka postura wygrały z jej podejrzliwością. A może była to tylko telepatyczna sztuczka. Eryk usunął się w cień. Lepiej było pozostawić głodne gadki Charlesowi, i tak zawsze lepiej mu wychodziły.

"Nie mam teraz czasu. Śpieszę się odwieźć małą do przedszkola, a potem lecę do pracy. Ale jeżeli panowie są z jakiejś dobrej, renomowanej szkoły, z chęcią się spotkam. Może dzisiaj wieczorem?"

"Idealnie." odparł z lekkością Xavier, podając rękę małej Rebece. Dziewczynka spojrzała na niego błękitnymi jak niebo oczyma, po czym uśmiechnęła się szeroko.

"Jesteś taki jak ja?" wyszeptała mutantka, gdy jej matka w sposób zadaniowy podeszła do otwierania samochodu i odkręcania szyb w jego przegrzanych oknach. "Umiesz mówić w głowie ze zwierzętami?"

Umiem dużo więcej.

Eryk z zamarkowanym uśmiechem patrzył, jak na policzkach Rebeki pojawiają się dwie urocze, różowawe plamki. Mała zaklaskała w dłonie i podskoczyła kilka razy w miejscu, najwyraźniej nie potrafiąc ukrywać swojej radości, po czym zganiona przez mamę, z ociąganiem wskrabała się do samochodu. Wciąż zerkała na Charlesa z rozpaczliwą nadzieją, że jej przyszły mentor, telepata w modnym garniturze w jodełkę, coś z jej rodzicielką zrobi.

"A nie możemy z panami porozmawiać teraz? Mamuś! Możemy teraz?... Przecież jeszcze jest czas..."

"Co ty gadasz, dziecko! Zaraz się spóźnię i znowu będą gderali! Becky, bez dyskusji." ucięła bezapelacyjnie mama, po czym spojrzała na Charlesa zza szyby samochodu. " Bardzo dziękuję za wizytę, panie profesorze. Zapraszam na herbatę o szóstej. Będzie chwila na rozmowę i ciasto. Przepraszam za małą, do widzenia."

I z tymi słowy mama mutantki wyjechała na podjazd i włączyła się płynnie w ruch kołowy, z wprawą samotnej matki, z powodzeniem wykonującej cztery zadania na raz. Charles pomachał Rebece a dziewczynka odmachała mu z zapałem, przylepiając policzek do tylnej szyby samochodu.

Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, przez pogodne, spokojne osiedle domków jednorodzinnych, z ogródkami, świeżo przystrzyżonymi krzewami i ogrodowymi flamingami, wystawiającymi dzioby zza skalniaków. Charles w sposób widoczny wciąż wewnętrznie przeżywał spotkanie ze swoją uroczą małą mutantką, Eryk z kolei skupił się na obserwowaniu świata zewnętrznego. Nie mógł poskromić wędrujących myśli. Dwupiętrowe domki, kwadratowe, podobne do siebie w formie i kolorze, małe huśtawki ogrodowe, obłożone dziecięcymi zabawkami, szpadelkami, kolorowe ciężarówki plastikowe, zaparkowane obok prawdziwych samochodów w garażach. Klasa średnia miała się dobrze, ich dzieci miały spokojne, szczęśliwe dzieciństwo, pomiędzy zabawą na placu zabaw, szkołą, a rodzinnymi obiadkami, złożonymi z puree ziemniaczanego, kurczaka i sałatki pomidorowej. Eryk usiłował się z tego cieszyć, nie mieć im nic za złe, chociaż gdzieś w nim tkwił wciąż żal, że ci ludzie nie pamiętali, pozostawili za sobą to, co zrobiła wojna z tysiącami im podobnych homo sapiens. On sam był nasączony swoją historią jak jadem, dawano mu to siłę do wykonywania rzeczy niezwykłych, jednocześnie podkreślało samotność. Inni szli na przód ze swoim życiem, nie roztrząsali zamierzchłych tragedii, tylko pobierali się, brali kredyty i wyjeżdżali na wakacje rodzinną wersją opla corsy. Eryk tkwił w przeszłości.

"Mamy trochę czasu. Pójdziemy na kawę?" zapytał łagodnie Charles, ostrożnie biorąc Eryka pod ramię. "Może coś zjemy?..."

Eryk wzruszył ramionami, odsuwając od siebie przyciężkie myśli, tak, żeby Xavier nie odczytał z nich zbyt dużo. Za późno. Współczujące spojrzenie ciemnogranatowych oczu już go dosięgło, podobnie jak znajome uczucie, że Charles go telepatycznie słucha. Niewielka, świetlista kulka w tyle głowy, obecność. Nauczył się ją rozpoznawać już podczas ich pierwszego spotkania w porcie.

Chodźmy na kawę, mój przyjacielu.

"Dobrze." zgodził się Eryk na głos i podążył za Charlesem, wsłuchując się w jego jasne, pełne nadziei myśli.

Dobrze.

 

/////////////

 

"Śliczna jest."

Charles uśmiechnął się miękko do swojej herbacianej czarki. Czarka była gliniana, brązowa i miała wymalowane drobne, żółte kwiatki i gałązki. Eryk nie musiał pytać. Wiedział, że Xavier odszukał ponownie umysł pięcioletniej mutantki i ponownie się nim zachwycił. Siedzieli w podrzędnej, chińskiej knajpce, pojadając powoli lunch, którzy płynnie przeszedł w obiad, i popijali litry herbaty. Znaczy, Charles popijał herbatę. Eryk dość szybko przerzucił się na kawę i wodę niegazowaną. Zbyt dużo zielonego chińskiego czaju źle mu robiło na trawienie.

"Jest taka niewinna, otwarta. Rozmawia ze zwierzętami, rozumie je, a one rozumieją ją. Co za niezwykły talent." tokował Charles, na oczach Eryka z prędkością światła rozwijając rozbuchany instynkt ojcowski. "Na razie myśli, że to taka jej własna magia. Kieruje myśli do zwierząt, a one jej słuchają. Jej mama sądzi, że ma po prostu córkę, obdarzoną ogromną wyobraźnią."

"Nie sądziłem, że aż tak lubisz młodsze dziewczęta." zauważył drapieżnie Eryk i wbił pałeczki w zwój makarony sojowego z wołowiną.

Charles żachnął się urażony, zakrztusił się, ochlapał sobie herbatą ręce, po czym spojrzał na Eryka z wyrzutem.

"Doprawdy, masz szczególne poczucie humoru, mój drogi. Powinniśmy się cieszyć, że taką malutką złapaliśmy, zanim zaczęła rozrabiać na większą skalę."

"Nikogo nie złapaliśmy." lekceważąco wydął usta Eryk i podał Charlesowi zwitek chusteczek, żeby otarł sobie mokre od herbaty dłonie. "Jest za młoda na naszą szkołę. Lata miną, zanim będzie się nadawać. Nie wiem właściwie, czemu umówiliśmy się z jej matką. Przecież nasza szkoła nie jest dla małych dzieci."

"Lepiej rozmawiać z nimi od czasu do czasu, wyrobić sobie taki nawyk. To prowadzi do zaufania i budowania więzi." Charles załączył swoją wiedzę psychologiczną, co było fantastyczne i przerażające zarazem. "Poza tym, Rebeka nie będzie się czuła opuszczona. Będzie wiedziała, że takich jak ona jest więcej."

Eryk skinął na kelnerkę, zamówił sałatkę z lotosu i hupi paprykowe, po czym obdarzył Xaviera olśniewającym uśmiechem.

"Budowanie więzi. Zaufanie. Masz zadatki na świetnego ojca, Charles."

Chciał, żeby zabrzmiało to jak komplement, jednocześnie serdeczna zaczepka, że, jak się zdaje, telepaci nie są jednak tacy twardzi, i, że nie tylko kobietom tyka zegar biologiczny. Chciał tylko otworzyć konwersację na temat odnajdywania mutantów w tak młodym wieku, ale Charles umknął wzrokiem przed jego spojrzeniem. Było o tyle niezwykłe, że Xavier na ogół konfrontował się z problematycznymi zagadnieniami czołowo, frontalnie, z byka. Teraz rejterował.

"Zwykle nie trzeba cię ciągnąć za język, Charles."

"Zwykle nie interesuje cię moje życie osobiste." odgryzł się Xavier, po czym westchnął i potarł sobie przegrodę nosa, jakby chciał rozluźnić coś zaciśniętego w zatokach. "Przepraszam. Przepraszam... To nic. Tylko widzisz, nie trzeba przeżywać obozu, żeby mieć psychikę nadszarpniętą. Powiedzmy, mój ojciec nie był idealnym ojcem, podobnie jak ojczym, z którym męczyłem się nieco dłużej."

Powiedzmy, że nie mam wystarczająco odwagi, żeby próbować się w roli, która aż tak kiepsko w mojej rodzinie wychodziła.

Nagła fala krótkich słów, twardych obrazków, widzianych oczyma dziecka, nie pasujących do Charlesa tak jak współpraca z CIA, jak wysmakowany garnitur w jodełkę. Mały chłopiec, czytający przy oknie Alicję w krainie czarów, w ciemną, listopadową noc, mały chłopiec zasypiający samotnie w ogromnej, ciemnej i pustej sypialni, z ręką zaciśniętą kurczowo na książce. Mały chłopiec na pogrzebie, stojący przy owdowiałej mamie, i nie wiedzący, co powiedzieć o człowieku, który był jego ojcem, a który umarł z daleka od swojego małego chłopca i nawet się nie pożegnał. Ojciec Charlesa nigdy się z nim nie witał i nie żegnał, chyba zbyt krótko bywał w domu na takie rytuały.

Mały Charles Xavier spojrzał poważnymi ponad wiek oczyma prosto w twarz Eryka, a Eryk przełknął głośno ślinę. Tym razem to on odwrócił wzrok.

"Starczy już. Przepraszam, że spytałem."

"Mógłbyś mi teraz powiedzieć, że domowe kłopoty są śmieszne w porównaniu z holocaustem." zasugerował z brzydkim uśmiechem Charles, a Eryk z miejsca znienawidził ten jego zrezygnowany ton, to wygięcie ust, zmarszczkę zmartwienia pomiędzy brwiami.

"Mógłbym." zgodził się Eryk i nie powiedział nic więcej.

Od początku wiedział, że w tej rezydencji coś było nie tak. Ogromny dom, jeszcze większe ogrody, pola golfowe, a w nich Charles, adoptujący Raven jako swoją siostrę. I nikt się nie wtrąca, nikt nie pyta, nikogo nic nie interesuje, jak długo Charles nie sprawia kłopotów, jak długo nikomu nie wchodzi w drogę i dogrywa swoją rolę uczonego paniczyka w garniturze wyższej uczelni męskiej Princeton. Eryk zmrużył oczy, gdy wyraźny obraz wspomnienia trzynastoletniego chłopca, z wypiekami na twarzy kłócącego się z ojczymem i bijącego się w ogrodzie z przyrodnim bratem, wdarł mu się w głowę. Charles, poruszony silnie, potrafił czasami transmitować obrazy bezpośrednio. Nie panował nad tym w stu procentach, chyba nigdy nie będzie panował. Dobrze, to trochę wyrównywało szanse pomiędzy telepatą a jego nie telepatycznym otoczeniem.

"Aż tak źle było?"

"Nie." odparł Charles, wciąż patrząc się w okno restauracyjki. "Nie było aż tak źle."

"Jeżeli cię to pocieszy, twoje instynkty ojcowskie zostaną zaspokojone, jak znajdziemy więcej mutantów. Takich powyżej lat czternastu."

"Czasami zastanawiam się, jakby to było."

"Co jak by było?"

"Być tatą."

Eryk odchrząknął niewygodnie. Nie udawał nawet, że rozumie. Dla niego pojęcie ojcostwa było tak samo abstrakcyjne jak pojęcie małżeństwa. Dzieci się zdarzały, oczywiście, ale robił wszystko, żeby jemu się akurat nie zdarzyły. Miał inne sprawy na głowie, inne cele w życiu, produkowanie pospołu z jakąś nieszczęsną kobietą dziecka, byłoby wysoce nieodpowiedzialne. I głupie, zważywszy na jego moc, która w końcu mogła być dziedziczna. Tematyka rodzicielstwa była dla Eryka obca, a względem osób nią zainteresowanych, czuł swego rodzaju pobłażanie i niezdarnie zamaskowane obrzydzenie. Rozmnażanie się było konieczne, ale nie dla tych, którzy mieli nieco inne cele niż średnia warstwa klasy średniej. Poza tym rozmnażanie wcale nie nobilitowało ludzi. Cała przyroda się rozmnażała, jednokomórkowce, bezkręgowce, nie było w tym nic mistycznego, ani pozwalającego na dumę, jak lubili twierdzić homo sapiens. Jakby było z czego być dumnym, w końcu rozmnażanie było tylko procesem fizjologicznym, tak jak oddawanie moczu...

Charles najwyraźniej był innego zdania, ale też Charles był na tym punkcie nieźle stuknięty. Eryk także nie był okazem zdrowia psychicznego, więc potrafił rozpoznać objawy.

"Na pewno byłbyś dobrym ojcem. Gdybyś się zdecydował." oznajmił niezobowiązująco, powracając do swojej wystygłej już nieco wołowiny z kluskami sojowymi. "Nie musisz w końcu powielać schematu swojego ojca, jeżeli jesteś jego świadom."

"To się tylko tak łatwo mówi. Studiowałem tego typu terapie, statystyki nie są tak zachęcające jak chcą tego psycholodzy."

"Zabawnie brzmi taka teoria predestynacji z ust kogoś, kto chce zmienić na zawsze świat ludzi i świat mutantów." wytknął bezlitośnie Eryk, oskarżycielsko wskazując na Xaviera swoimi pałeczkami. "Myślałby kto, że wierzysz w silną wolę i kształtowanie rzeczywistości własnymi rękoma, a nie w bezwolne dryfowanie po odziedziczonych schematach."

"Nie dasz mi tego przeżyć, prawda?" zapytał z rozbawieniem Charles a Eryk znowu poczuł w tyle głowy światełko jego telepatycznej obecności.

Nie dam, pomyślał z mocą i uśmiechnął się przekornie. Kelnerka spojrzała na niego, westchnęła głośno i zachwiała się dramatycznie na swoich obcasach.

Charles poruszył nonszalancko brwiami i załadował sobie do ust całą krewetkę, skutecznie kończąc konwersację.

Pomimo protestów Eryka, jego logicznych argumentów i nieskrywanej złości na zaistniałą sytuację, pojechali w końcu do przedszkola Rebeki Hall. W południe, w porze przerwy obiadowej. Wyjaśnili przedszkolance, w jakim celu chcą z dziewczynką porozmawiać i zostali wpuszczeni do ogródka zabaw. Rebeka od razu ich poznała. Z radosnym kwikiem podbiegła, z rozpędu uwieszając się na Charlesie i patrząc na niego z uwielbieniem. Eryka zignorowała, spoglądając na niego nieufnie. Tak było lepiej.

Charles ugiął się pod ciężarem Rebeki i rozpromienił się cały, gdy dziewczynka bez ceregieli objęła go drobnymi ramionami w pasie.

"Wiedziałam, że pan przyjdzie!"

Eryk znowu trzymał się cieni, spacerując nieśpiesznie po cichszych regionach ogrodu. Obserwował z dala interakcję Charlesa i jego przyszłej uczennicy, patrzył jak Charles bierze małą za rękę i siadają na ławce pod rozłożystym dębem. Charles czasami coś mówił, a czasami milczał, i wtedy niemal fizycznie dało się wyczuć telepatyczną więź pomiędzy nim a dziewczynką. Rebeka była zachwycona swoją unikalną mocą, jednocześnie zasmucona, że nie może jechać z nimi, że jest za mała. Było coś rozdzierającego w tym, jak dziewczynka uczepiła się ramienia Charlesa, jak nie chciała go puścić i zaczęła buczeć. Xavier zareagował szybko. Nie chcąc alarmować opiekunek, dotknął umysł Rebeki myślą, którą nawet Eryk usłyszał.

Przyjedziemy po ciebie. Jak trochę podrośniesz. Wrócimy. Niczym się nie przejmuj..

"Ale będę znowu sama!" wychlipała dziewczynka, poskramiając chęć wybuchnięcia pełnowymiarowym płaczem. "Ja nie chcę."

Charles przygarnął małą do siebie i pozwolił jej wczepić się w jego wyjściową marynarkę, pognieść ją i zasmarkać. Pragnienie niesienia pomocy, otoczenia opieką i ból Xaviera promieniowały gwałtownymi falami z ławeczki pod dębem. Eryk patrzył na niego spod przymkniętych powiek.

Tak będzie jawił się Charles Xavier wszystkim nowym mutantom, których znajdzie, jako ostoja, opoka, ktoś, kto wie jak sobie z pewnymi rzeczami radzić i nie zawaha się pomóc. Wiedza, zrozumienie, poparcie. Nie jesteś sam. Mała mutantka, chociaż pewnie nieświadomie, już przeczuwała, że jej szczególny dar może przysporzyć jej kłopotów i lgnęła instynktownie do kogoś, kto wie więcej. Oczywiście, kochała swoją mamę, swój dom i psa Maksa, ale oni nie byli tacy jak ona, a ona potrzebowała... kogoś podobnego.

Eryk zastanowił się, jak postrzegał go Xavier, gdy spotkali się po raz pierwszy, gdy Eryk po raz pierwszy dowiedział się, że nie jest sam. Nie jest jedynym mutantem, obdarzonym mocą, i musi wybierać, bo jego wybór będzie się liczył daleko bardziej, niż wybory polityczne zwykłego człowieka. Różnili się, spierali, kłócili i grali w szachy. Być może jednak, tylko być może, Eryk przylgnął do Charlesa dokładnie tak, jak teraz Rebeka, wtulając się w poły jodełkowej marynarki, z desperacją i niechętną nadzieją, osaczony, sfrustrowany brakiem alternatywy.

"Ale przyjedzie pan jeszcze? Odwiedzić mnie?" dopytywała Rebeka i przyjęła od Charlesa chusteczkę, w którą wytarła zapłakane ślepka i wytrąbiła głośno nos. "Poszlibyśmy na spacer z Maksem i przedstawiłabym go panu. To bardzo fajny pies. Dba o mnie."

"Masz szczęście, że masz kogoś, kto o ciebie dba." potaknął poważnie Charles i pogłaskał małą po głowie, mierzwiąc jej blond mysie ogonki. "Na pewno cię odwiedzimy, ja i Eryk. Pamiętaj tylko, że posiadasz wielki dar i musisz być z nim ostrożna. To nie on ma kontrolować ciebie, a ty jego."

Rebeka skinęła głową, przygryzając usta i wyginając je w nieszczęśliwą podkówkę.

"Będę znowu sama."

"Nie będziesz sama." Charles przygarnął raz jeszcze Rebekę i pocałował ją ukradkiem w czoło, przytulając mocno. "Już nigdy."

Będzie dobrym ojcem, pomyślał Eryk ni stąd ni zowąd. Będzie kimś więcej niż dobrym ojcem. Dla całych rzesz mutantów będzie mentorem, nauczycielem, profesorem, mistrzem. Kimś, kto pośród zawieruchy świata wie, którędy droga do prawdy. Charles się mylił, nie musiał wcale płodzić dzieci, żeby dzieci posiadać, żeby doświadczyć w pełni ojcostwa. To na niego czeka, za całą tą zabawą w kolekcjonowanie nowych odmian mutacji, odszukiwanie młodych mutantów, pertraktacji z CIA i rządem. Tym się różnił od Eryka. Eryk nie miał zapędów ojcowskich, jeżeli już, odpowiadała mu raczej rola lidera.

Rola lidera jest tak samo tymczasowa, jak rola ojca.

Charles poklepał ostatni raz po plecach swoją niebieskooką dziewczyneczkę i poprowadził ją do budynku przedszkola. Eryk podążył za nimi, z zaciśniętym gardłem słuchając desperackich próśb Rebeki, żeby zostali na podwieczorku, bo jest kisiel i krakersy. Charles w sposób widoczny nie potrafił się z małą rozstać, ale rozstać się musiał, więc dał się Erykowi odciągnąć w stronę wyjść, uprzednio wylewnie żegnając się z małą zaklinaczką zwierząt i obiecując, że zadzwoni.

Zadzwonił, faktycznie. Jeszcze tego samego wieczoru profesor Charles Francis Xavier zadzwonił do pani Hall, wymawiając się, że musiał opuścić Michigan w bardzo ważnej sprawie, ale jeszcze przyjedzie i z chęcią się spotka. Mama Rebeki dowiedziała się, że jej córka jest dzieckiem szczególnie utalentowanym i za parę lat, gdy podrośnie, zostanie zaproszona do uczestnictwa w zajęciach w szkole Xaviera. Pani Hall była nastawiona bardzo przychylnie. Chyba Rebeka już zdążyła napastować ją o tą szkołę. Charles odłożył słuchawkę telefonu i oklapnął na fotelu, podpierając czoło na drżących dłoniach.

"Tyle myśli... wystraszonych... niepewnych... Bardzo chciałbym ją z nami zabrać."

"I co byś z nią zrobił?" zapytał twardo Eryk. "Jest jeszcze małą dziewczynką. Potrzebuje mamy, a nie telepaty i ojca surogata."

"Nie wiem... Nie wiem... " wymamrotał niewyraźnie Charles, wciąż z głową opuszczoną na dłoniach. "Oni potrzebują kogoś takiego... dla mnie to coś innego niż dla ciebie, Eryku. Ty tylko poruszasz metal."

Powinien poczuć się urażony, jego moc była potężna, jego siła woli żelazna. Nikt nie powinien go umniejszać, nikt nie miał prawa go umniejszać, po tym, co przeszedł w czasie wojny i po wojnie. A jednak w zaciszu hotelowego pokoju ciche słowa Charlesa, tego, który poruszał umysły, były... prawdziwe. Eryk nie miał pojęcia, jak wytrzyma prawdziwość Charlesa na dłuższą metę.

"Ty byłbyś idealnym ojcem, a ja idealnym liderem." odezwał się po chwili niskim, chrpowatym głosem, po czym usiał na fotelu na przeciwko Charlesa, i pochylił się ku niemu. Xavier zmarszczył się, zacisnął usta. Jego czoło niemal dotykało czoła Eryka.

"Ojciec i lider. Te role powinny się łączyć. A więc powinniśmy ze sobą współpracować. Tak będzie najlepiej."

"Najlepiej." potaknął Eryk i nie mówili już nic więcej.

 

///////////

 

Wrócili do rezydencji około północy. Nie było sensu zostawać dłużej w Michigan, więc złapali pierwszy samolot do Nowego Jorku i nie zważając na zmęczenie, dobrnęli do domu. Eryk prowadził samochód, prując z beztroską blazą przez jesienną, czystą, jasną noc, a Charles drzemał skulony na siedzeniu obok, wzdychając od czasu do czasu i pociągając nosem Dobrze, że spał, może to pozwoli mu zdystansować się do misji odnajdywania mutantów.

Gdy dojechali do rezydencji, obudził Charlesa, potrząsając go za ramię, a Charles spojrzał na niego zaspanym, zdekoncentrowanym wzrokiem, od którego penis Eryka drgnął nerwowo. W milczeniu wytoczyli się z samochodu, rozprostowali kości, poprawili ubrania. Charles powoli rozczmuchał się, zwłaszcza, że Hank i Angel czekali na jego powrót w kuchni. Z gorącą herbatą i zapiekanką. Charles nie był głodny, ale zjadł, nie chciał martwić dzieciaków. Eryk nie wnikał. W milczeniu pożarli na pół zapiekankę, zapijając piwem i oznajmiając, że mają dosyć herbaty na następny rok. Po krótkich i węzłowatych wyjaśnieniach, odnośnie małej mutantki i jej ewentualnego uczestnictwa w szkoleniach, Eryk wstał od stołu i podążył do swojego pokoju.

Charles został na dole, ze swoimi studentami.

 

 

end

 

by Homoviator 07/2011

August 2012

S M T W T F S
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
26272829 3031 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jul. 28th, 2017 04:51 pm
Powered by Dreamwidth Studios