homoviator: (RatSharkLOVE)
[personal profile] homoviator

roz. 7

Nauki niebezpieczne

 

 

An explanation of cause is not a justification by reason.

C. S. Lewis

 

 

 

Charles, pomimo swojej niegroźnej, miłej aparycji, był przeciwnikiem przebiegłym i wyrachowanym. Nie wspominając nic o treningu własnym Eryka ochoczo zgodził się przez kilka dni aktywnie uczestniczyć w ćwiczeniach z dzieciakami.

Nie naciskał, nie zagajał i nie tłumaczył. Eryk w sposób całkowicie naturalny podążył za Charlesem i został wciągnięty w ćwiczenia. Właściwie łatwiej było uczestniczyć w grupie, w której przynajmniej jeden członek był mu zbliżony wiekiem, właściwie lubił oglądać, jak Xavier wchodzi w interakcje z dzieciakami, wiedząc, że musi się pilnować, bo Eryk uważnie patrzy mu na ręce, a jeszcze uważniej patrzy na jego intencje. Było miło. Było zabawnie i pouczająco. Było na tyle przyjemnie, że Eryk nigdy by się do tego na głos nie przyznał. Raven przemieniająca się w miss Ameryki i pochylająca się kusząco nad Hankiem, muskając mu piersiami kark, Alex wybijający coraz bardziej precyzyjne dziury w żelbetonowych ścianach schronu, Sean z rozpaczliwym piskiem lądujący w rozłożystych, przyciętych w kształcie flamingów krzewach, to wszystko było przyjemne do doświadczania. Eryk nie przypominał sobie, żeby był kiedykolwiek aż tak blisko tego typu niewymuszonych sytuacji, zwykle zarezerwowanych dla bliższych przyjaciół. Nie uprawiał przyjaźni więc i nie czerpał z nich benefitów, czasami tylko zerkając zimno w stronę roześmianych, obejmujących się, dogryzających sobie ludzi.

Ale w rezydencji Charlesa, gdzie nie było ludzi tylko mutanci, wszystko wyglądało inaczej. I było bliższe. Rozbawione, złotobrązowe spojrzenie Raven, Alex patrzący na Hanka, gdy ten rozcierał bolące po biegu stopy, znudzona Angel, plująca ukradkiem mini kulkami ognia w popielniczkę.

Charles rozegrał to bezbłędnie. Uśmiechał się porozumiewawczo, gdy Eryk zrzucił Seana z balkonu na trzecim piętrze, żeby zmusić go do latania. Wlókł się truchtem za Hankiem, gdy Eryk wziął go w obroty i joggingował dopóty, dopóki McCoy nie wyłożył się na zakręcie i oznajmił, że dalej nie biegnie i tak będzie leżeć. Generalnie Charles czaił się na obrzeżach, przemykał i nieinwazyjnie napierał na Eryka swoim uśmiechem, drobnymi uwagami, brzmiącymi jak jakiś wysmakowany aforyzm, a w rzeczywistości będącymi jedynie połowicznie wypowiedzianymi myślami.

Telepatia Charlesa już Erykowi nie przeszkadzała. Światełko obecności w tyle głowy paliło się teraz niemal nieustannie.

Charles odkrył swoje karty przy kolejnej partii szachów, którą zwyczajowo kończyli treningowy dzień.

"Także powinieneś wziąć udział w treningu, Eryku." Charles podniósł do ust filiżankę gorącej, parującej herbaty i wziął łyka, nie odrywając wzroku z szachownicy. "To nie fair, że wszyscy ćwiczą, a ty nie."

"Jestem starszy. Wiem i umiem więcej niż oni."

W sposób oczywisty Eryk wyjmował siebie i Charlesa z grupy młodych mutantów. Xavier zmarszczył brwi.

Łodzi podwodnej podnieść nie umiałeś.

"Sugeruję, żebyś zajął się swoim własnym treningiem, Charles." spuentował lekko Eryk, zdecydowanym ruchem przesuwając laufra w okolice króla Xaviera.

"Ja?" roześmiał się Charles swobodnie, co tylko spowodowało wzmożenie czujności ze strony Eryka. "Ja mam tutaj z wami nieustanny trening. Myślisz, że to łatwo odgrodzić się od pięciu tak żywotnych umysłów, biegających mi po domu i myślących dwadzieścia cztery godziny na dobę?"

Eryk uśmiechnął się wąsko i przesunął swojego skoczka po szachownicy.

"W nocy nie myślimy. Szach."

"Nie. W nocy śnicie, co czasami jest jeszcze cięższe niż zwykłe myślenie." udzielił uprzejmej informacji Charles i zablokował skoczka Eryka swoim laufrem. "Tak łatwo mojego króla nie dopadniesz."

"Szach." powtórzył Eryk i postawił swoją wieżę tuż przy królowej Charlesa. "Nie o króla teraz gram."

Charles uśmiechnął się i złożył ręce, dotykając nimi lekko ust. Był skoncentrowany, skupiony i pomimo poczucia humoru, wciąż poważny. Był wyzwaniem, dobrym wyzwaniem. Przy takim wyzwaniu można było się rozwijać i zapomnieć...

"Dobrze, że nie grasz o króla, Eryku, bo właśnie upolowałem twoją królową. Szach."

Sytuacja patowa. Jedna królowa zdjęta, jedna pozostawiona, ale przyblokowana wieżą. Obaj królowie w zagrożeniu. Oczy Charlesa uśmiechały się otwarcie do Eryka, ciemnogranatowe i rozszerzone, jedyny element niebieski w wyłożonym dębiną, utrzymanym w ciepłej tonacji gabinecie.

"Zastanawiałeś się czasami, czemu, gdy zabierasz komuś królową, jego król staje się bezużyteczny?" zapytał łagodnym, przyciszonym głosem Charles, a jego myśli przesunęły się po umyśle Eryka, ostrożne i nietypowo czułe.

"Nie wiem." Eryk przyglądał się bladej, miękkiej twarzy Charlesa spod rzęs. "Ale jestem pewien, że mi to wyjaśnisz."

"Może król jest związany z królową tak blisko, że po jej odejściu traci chęć wszelkiego działania."

"To byłoby głupie. Jeżeli już używamy tej ckliwej metafory, to król powinien pomścić królową."

"Nie każda krzywda umacnia i dodaje sił."

Eryk westchnął, gdy Charles sięgnął do jego umysłu, bez wahania, mocno. Obraz Shawa i jego komnaty tortur, jego narzędzi do eksperymentów, ustawionych pod względem wielkości, przeznaczenia i ilości wywoływanego bólu. Obraz Shawa, pochylającego się nad swoim pacjentem, analitycznie obserwującego cierpienie, które zadawał.

Powinieneś być czyimś królem, żeby się nie zagubić, żeby nie zginąć, nie złamać. Powinieneś stać się kimś więcej, niż już jesteś. Żeby nie zwariować.

Przez długą chwilę milczeli. Charles wycofał się w głąb swojego umysłu a Eryk wytłumił wszelkie myśli, wpatrując się z tępą furią w swojego odsłoniętego króla. Był zły, wściekły. Na siebie. Pokazał za dużo, poza wspomnieniami pokazał swoje odczucia. Charles nie powinien ich znać, nie miał prawa wiedzieć, to było zbyt intymne, zbyt obnażające. Poczuł się nagi i miał chęć coś rozwalić. Najlepiej ten satelitarny talerz, unoszący się ponad północną częścią ogrodów rezydencji. Tak radził sobie ze złością, metodą Shawa używał złości, aby uruchomić większe pokłady swojej mocy. Czy to nie ironiczne? Po tylu latach wciąż używał narzędzi, które dał mu herr Doktor.

"Przepraszam. Nie powinienem." wybąkał Charles, najwyraźniej wyczuwając, że przekroczył jakąś granicę i pesząc się, jak zwykle poniewczasie. "Ale czasami tak tym promieniujesz, że nie mogę się osłonić. Ja... chcę z tobą trenować. Nasze moce, razem, wspólnie. Zaufaj nam. Sobie zaufaj Nie chodzi tylko o podział obowiązków, ale o wzajemną troskę. Ty pomagasz im trenować ich moce, oni chcą pomóc tobie."

"Nie potrzebuję niczyjej pomocy." wyszeptał stalowym głosem Eryk i oparł czoło na dłoniach. Zastanowił się, czy Xavier zobaczył wszystko, czy tylko te najbardziej powierzchowne wspomnienia z komnaty tortur Sebastiana Shawa. Cholera, trzeba było opuścić ten przeklęty dom, tą przeklętą słoneczną, przyjemną pułapkę, zanim nie było za późno.

Charles westchnął ciężko, jego oczy nagle mętne, jego usta wyschnięte i spękane. Całkiem, jakby wspomnienia Eryka zmęczyły go i sponiewierały.

I dobrze.

"Szach mat." powiedział Charles i zdjął z szachownicy króla Eryka. Zamiast odłożyć figurkę, obracał ją w dłoni, niemal z czułością pocierając jej kanty kciukiem. "Powiedz, zaufasz nam na tyle, żeby z nami potrenować?"

"Tylko, jeżeli pokonasz mnie w następnej rundzie."

Charles uśmiechnął się z wdzięcznością i wręczył Erykowi figurkę króla, a Eryk pomyślał, że równie dobrze mógłby zgodzić się na trening od razu.

Ta partia była przegrana.

 

/////////////

 

Elektromagnes był wielki, dwa na dwa metry, przypominał przerośniętą pralkę, i Hank był z niego niesamowicie dumny.

"Wytwarza wystarczająco energii, żeby zasilić całą rezydencję. Malutki reaktor, połączony z klasycznym..." Hank mówił dalej, posługując się niezrozumiałym żargonem technicznym, a Alex stał za nim i parodiował jego podekscytowany sposób mówienia, gestykulując dziko i wykrzywiając śmiesznie twarz.

Eryk poczuł, że zaczyna go boleć głowa.

"Hej, migreny to moja domena." Charles podszedł do niego z boku i położył mu dłoń na łokciu. "Skup się, ale tak wiesz, mimochodem."

Bez morderczych intencji.

Eryk spojrzał ostro na Charlesa, gotowy wyrazić głośny sprzeciw na taką myślową inwazję, ale Xavier tylko uśmiechnął się. Jego dłoń na łokciu Eryka była nadspodziewanie delikatna i ciepła.

"Generator Hanka produkuje sporo energii elektrycznej, w związku z czym wytwarza także dość silne pole elektromagnetyczne. Może nie takie rozległe, jak burza, ale bardziej skoncentrowane. Dobre do ćwiczeń., ale uważaj"

Hank stanął przy konsolecie swojej elektromagnetycznej pralki i w wielce naukowym uśmiechu podekscytowanego nastolatka wyszczerzył do Eryka zęby.

"Powiedz od razu, gdy poczujesz, że coś jest nie tak. Wyłączymy generator, zanim doprowadzimy do jakiejkolwiek eskalacji twojej mocy."

Eryk mruknął niekomunikatywnie i podszedł do maszynki. Jej metal zareagował na jego moc subtelnym wygięciem w tylnych częściach.

Gdy Hank odpalił urządzenie, w pomieszczeniu aż zatrzeszczało od uwolnionej energii. Z początku Eryk nie czuł nic, poza delikatnym mrowieniem w okolicach pachwin, karku, ramion. Spojrzał ciekawie na Charlesa, potem na Hanka, uśmiechnął się drapieżnie i sięgnął mocą.

To było jak śpiewanie w chórze, dostrajanie swojego głosu do innych głosów, łapanie tonu, tworzenie akordu. Było w tym coś wyzwalającego. Energia rozlała się po ciele Eryka, przepełniając go euforią, poczuciem bycia niezwyciężonym, równym bogom. Spojrzał na swoje dłonie i przeskakujące między nimi iskry. Skóra na jego twarzy napinała się miarowo, aż dziw, że nie pękała pod naporem mocy.

Euforia, zadowolenie, triumf. Nie było mocy, która by była go w stanie teraz pokonać, ani Charles, ani Shaw, ani wszystkie rakiety nuklearne USA i Rosji razem wzięte. Nic. Eryk roześmiał się na głos, a dookoła jego głowy przeskoczyła sieć drobnych, fioletowych iskier. Był fantastycznie, wyzwalająco, a potem... potem coś się zmieniło. Energia gwałtownie zaczęła kumulować się w Eryku, najpierw w głowie, potem w plecach, w ramionach. Uniósł ręce, żeby ułatwić jej krążenie, a wtedy jego mięśnie zacisnęły się kurczowo. Paraliżujący ból pod lewą łopatką, w mięśniu kapturowym i szerokim pleców, złapał go znienacka i zgiął w pół. Zachwiana równowaga energii powaliła go na kolana. Chyba krzyknął, chyba wyrżnął twarzą w podłogę, nie pamiętał. Pamiętał tylko przeraźliwy trzask pękającej ściany, jęk wyginanego metalu i intensywną, miażdżącą myśl Charlesa, która wybiła mu się w umyśle czerwonymi śladami.

Uspokój się!

Łatwo było mówić, gdy stało się obok, a nie było się wciągniętym w pole elektromagnetyczne. Motyl złapany w burzowy wicher, kajak schwytany przez sztorm. Eryk zgrzytnął zębami, czując krew w ustach, nosie, pomiędzy palcami. Z trudem, ale zdołał się opanować na tyle, żeby rozwalić generator Hanka jednym, celnym rzutem o sufit. Maszyna spadła z głuchym gruchotem, wypuściła oślepiający kłąb pary i zgasła. Eryk wyprostował się na podłodze, zakrywając sobie twarz ramieniem. Mięsień kapturowy rwał tępym bólem, wyginając go nienaturalnie. Skurcz, cholera jasna. Nie sądził, że można dostać skurczu w takim miejscu.

Charles podbiegł do niego i to był błąd. Eryk zwinął się w drżący kłębek, usiłując zatamować wyciek energii, ale moc wyrwała mu się i uderzyła. Charles poszybował na ścianę, pociągnięty za klamrę paska a Alex i jego metalowe szlufki w bojówkach z rozedrganym krzykiem wbili się w podłogę. Rezydencja zatrzęsła się w posadach, żelazne żebra budynku zadrżały a żelbeton zaskowytał żałośnie.

Eryk czuł, jak serce bije mu coraz szybciej, jak puls rośnie. To było tak, jakby jego moc zajmowała całe pomieszczenie, wypełniając je i usiłując wydostać się na zewnątrz, znaleźć jakiś cel. Musiał się jej jakoś pozbyć, ale nie był przyzwyczajony do manipulowania aż takimi ładunkami...

Zabierz ich stąd Charles.

Otwarte szeroko, przerażone, nagle jasnoniebieskie oczy Xaviera, jego dłonie na twarzy Eryka. Co ten idiota jeszcze tutaj robił?

Pękające ściany, urywające się fragmenty żelbetonowego sufitu i metalowych paneli podłogowych. Wypruta ze ścian elektryka, miedziane kable i wybebeszone izolacje. Wysoki, wdzierający się w głowę pisk rozrywanego, skręcającego się metalu, brzęk tłukących się szyb i kruszących się kamieni. Eryk zacisnął powieki i obnażył zęby.

Ten trening. To był bardzo głupi pomysł.

 

//////////////

 

Leżał twarzą w dół, policzkiem oparty o czyjeś kolana. Miał ramiona rozłożone jak do lotu, ale nie mógł ich unieść. W ogóle nie mógł się ruszyć. To było tak, jakby metalowa podłoga pomieszczenia przyciągała go, unieruchamiała.

"Spokojnie, spokojnie. Eryk! Już po wszystkim! Trzeba teraz zabrać go do sypialni..."

"Rozwalił cztery pokoje w tym pionie... Spalił elektrykę... Zabierajmy się stąd, zanim się nam coś na głowy zawali..."

"Do laboratorium! Tam mogę zrobić od razu potrzebne testy!..."

NIE! ŻADNEGO LABORATORIUM!

Rzucił się gwałtownie, kopiąc kolanami i wydając z siebie przerażający charkot. Zacisnął dłonie a metal pod nim wygiął się agonijnie. Poczuł krew na ustach i paraliżujący ból w dole pleców, złamał trzy paznokcie, ale podłoga pod nim ustąpiła trochę... może jeszcze zdoła uciec...

"Nie, żadnego laboratorium." ozwał się gdzieś z bliska napięty, rwący się od nadmiaru emocji głos Charlesa. "Nawet nieprzytomny jest..."

...groźny...

Czemu był dla nich groźny, nie wiedział. Jeżeli już, to oni teraz byli groźni dla niego. Nie mógł się bronić, nie mógł protestować, ledwie oddychał. Mogli go teraz badać, eksperymentować, nakłuwać i rozcinać ile chcieli, a on nie mógłby nawet zareagować. Nie potrzebnie zaufał, nie potrzebnie posłuchał!... Tyle lat przeżył sam, bezpieczny w swojej samotności, a teraz mu się zachciało przyjaciół, którzy usiłowali go uwędzić elektromagnetyczna maszynką!...

"Uspokój się, Eryku. Nic ci nie grozi, jestem tutaj. Miałeś mały wypadek, to wszystko." mówił Charles, ale Charles różne rzeczy mówił, różne rzeczy myślał. Był cholernym profesorem, retoryka była jego zawodem! Był telepatą, zdrady i odkrywanie cudzych sekretów były jego drugą naturą.

"Eryku, proszę... Posłuchaj mnie, nic ci nie grozi! Wycisz swój umysł. W takim stanie nie chciałbym cię czytać... Eryku, przestań.. proszę..."

"Ze starcia maszynka wyszła dużo gorzej niż on." powiedział gdzieś z góry głos Alexa a potem głos Hanka, przytłumiony i niepewny, dopowiedział.

"Ze starcia to najgorzej wyszedł budynek. Normalnie Eryk tąpnął ziemią, tąpnął całymi podziemiami... Nie chciałbym wejść mu w drogę jak będzie nie w humorze.."

"Pokazał swoją prawdziwą naturę." głos Raven był odległy i słaby. "Ale teraz może byśmy już podnieśli go z podłogi, a nie zastanawiali się nad jego zdolnościami. W końcu trochę mu się dostało..."

Ktoś objął go za ramiona i w pasie, ktoś posadził go chwiejnie i pozwolił mu oprzeć się o swoją pierś. Wełniany sweter, zapach papieru, kurzu i herbaty jaśminowej. Charles ty draniu... Eryk uniósł głowę, splunął, brudząc krwią swój własny podbródek i kardigan Xaviera. Zacisnął zęby. Kręciło mu się w głowie i było mu niedobrze, ale mimo to zdołał wyrzucić z siebie pogróżkę w bliżej nieokreślonym kierunku.

"Jak stanę na nogi... to ci tego króla... w gardło wepchnę..."

"Ale to nie nasza wina, skąd mogliśmy wiedzieć, że to tak się skończy..." usprawiedliwiał pośpiesznie Charles, wodząc mu po obolałych plecach dłońmi i obejmując niezgrabnie. "Eryku, musimy ćwiczyć, próbować... Ty masz ogromną siłę, ale jak widać działa ona dość nieobliczalnie..."

Nie miał siły się spierać, obwisnął bezwładnie na Charlesie, który, nie taki znowu silny fizycznie, upuścił go niemal z powrotem na ziemię. Poruszone głosy Hanka, Alexa i Angel, zakotłowały się tuż nad nim, nieporadne, zdezorientowane. Nie miał siły huknąć i przywołać ich do porządku, więc tylko powrócił do leżenia na podłodze i ciężkiego oddychania. Jego moc jeszcze w nim huczała, pulsując w brzuchu, w krtani, po wewnętrznej stronie ud. Miał wrażenie, że na płucach zaciska mu się żelazna obręcz i rzucił się słabo, usiłując jej uciec. Na próżno. Zamknął oczy i jęknął, a wtedy Charles krzyknął coś, dziwnym, łamiącym się głosem, i świat zawirował.

"Już cię zabieramy. Wytrzymaj jeszcze trochę, proszę."

Po chwili bezmyślnego gapienia się w poruszający się sufit doszedł do wniosku, że gdzieś go niosą. Ostrożnie, na rozpostartym kocu. Oby nie do laboratorium. Chciał zaprotestować, wyrwać się, chciał oświadczyć im, że jeżeli zaniosą go do laboratorium zrobi im taki bal, że kamień na kamieniu się z tej rezydencji piekielnej nie ostanie. Chciał przekląć Hanka i jego maszynkę, i Charlesa za dar przekonywania... ale nie był w stanie unieść nawet ręki. To było tak, jakby jego ciało zasnęło, a bolesne szpilki odrętwienia wbijały się w nie za każdym razem, gdy usiłował się ruszyć, wziąć głębszy oddech.

"Zaraz będziemy na miejscu. Postaraj się zostać przytomny, nie odpływaj... Eryk. Eryk! Słyszysz mnie?!"

Charles gładził go gorączkowo po umyśle. Wyczuwał w tym dotyku strach i usiłował odsunąć się od mentalnej inwazji, nie chciał brać w tym udziału. Charles nie dał się zbyć i wciąż tkwił mu w tyle głowy ze swoimi uspokojeniami, zapewnieniami i ckliwymi obrazkami. Słoneczny ogród, wypełniony biegającymi i grającymi w baseball mutantami, uczniowie i nauczyciele, razem, zjednoczeni wspólnym celem. Wielkie okna pracowni, gdzie lider i ojciec czuwają, patrzą, grają w szachy i piją herbatę, rozmawiając o filozofii. Podobni ale różniący się, razem, ale niezalezni, wspierający się, razem ochraniający się, partnerzy...

Nie.

Charles zamilkł osłupiały, a Eryk odetchnął głęboko i zakrztusił się. Krew napłynęła mu do głowy a żelazo w krwi zagotowało się boleśnie. Końcówki nerwów śpiewały. Usiłował złapać coś swoją mocą, tylko po to, żeby sobie ulżyć, żeby wyrzucić z siebie chociaż odrobinę tej pożerającej go od środka mocy...

Charles pochylił się nad nim i przyłożył mu dłoń do skroni. Świat zwinął się w rulon jak niepotrzebna mapa.

 

////////////////

 

Ocknął się w swojej sypialni, nagi, ułożony pod przykryciami. Bolała go głowa, mięśnie grzbietu i poranione dłonie. Charles siedział w fotelu przy jego łóżku i obserwował go z cierpiętniczą miną. Eryk nie współczuł. Pewnie, Charles. Łatwiej rozczulać się nad małą mutantką i jej śliczną, bajkową mocą, niż zająć się dorosłym mutantem z mocą groźną i trudną do okiełznania. Łatwiej produkować słodkie mrzonki, niż oswoić się z myślą, że uczniowie Charlesa Francis Xaviera nie będą jedynie uroczymi dziećmi, czasami będą udręczonymi, zmęczonymi, pełnymi bolesnych wspomnień, stwardniałymi cynikami.

"Eryk, przepraszam."

Eryk nie odpowiedział.

Nie zanieśli go do laboratorium, nie usiłowali jakoś wybitnie badać. Hank, zaczerwieniony na policzkach, zmieszany i zawstydzony, zmierzył mu ciśnienie, puls, zabandażował ręce i pozostawił na nocnym stoliku całą paczkę środków przeciwbólowych. Eryk nie odzywał się do nikogo, Ignorował pogardliwie wszelkie próby wciągnięcia go w konwersację. Raven i Angel umknęły z jego sypialni od razu, wymawiając się przygotowywaniem kolacji a Alex złapał Hanka za ramię i pociągnął go za sobą, mówiąc coś o szerzącym się wariactwie i potrzebie bycia gdzie indziej. Sean stał przez dłuższą chwilę, patrząc to na milczącego Eryka, to na wyłamującego sobie palce Charlesa, aż w końcu Summers i jego zmusił do wyjścia.

Dzieciaki, szurając nogami i szepcząc niezbyt dyskretnie, oddaliły się z sypialni Eryka, aż w końcu nastała cisza. Charles spoglądał niepewnie, poprawiając osmalone rękawy swojego swetra, bębniąc palcami w oparcie fotela, wyrównując leżące na stoliku dwie książki i gazetę. Prawdę rzekłszy, wyglądał dość żałośnie.

Eryk wziął głęboki oddech i z westchnieniem wyprostował nogi pod przykryciami. Było mu zimno. Dyskomfort, gdzieś w brzuchu, w piersi, nie odstępował go, a moc wciąż szumiała w nim, napierając mu na skronie, bez przekonania, ale uparcie.

"Wyłączyłeś... mnie? Telepatycznie?..." zapytał cichym, zmęczonym głosem Eryk, który z jakiś przyczyn sprawił, że Charles zaczął wyglądać jeszcze bardziej żałośnie.

"Tak." przyznał się Xavier i przesunął dłonią po swoich potarganych włosach. "Odciąłem cię na chwilę od twojego umysłu... żebyś się uspokoił i nie rozwalił całej elektryki w rezydencji."

"Nie... życzę sobie... żebyś mi... to... robił..." wydusił Eryk, obracając w ustach językiem, który przypominał obecnie nieoheblowany, drewniany kloc. Umysł Eryka wciąż jeszcze nie do końca się słuchał. Widać telepatyczne moce Charlesa, użyte znienacka i z wrogą intencją, pozostawiały mózg w stanie dość poważnego roztrzęsienia.

"Trzeba dać czas ośrodkowi mowy i koordynacji ruchowej, żeby odzyskały pełną sprawność." wyjaśnił Xavier ,na moment przybierając maskę naukowca, która po paru sekundach spłynęła mu z twarzy, pozostawiając tylko poszarzałego na gębie, gnębionego wyrzutami sumienia, młodego profesora. "Przepraszam. Wiem, to było nie na miejscu. Ale rozwaliłbyś pół wschodniego skrzydła, takiego przyspieszenia dostałeś. Nie wiedziałem, co robić i tylko to mi do głowy przyszło."

"Nigdy... więcej... słyszysz?" wydukał Eryk i wysunął wyzywająco szczękę, napinając mięśnie ramion. Moc zwinęła mu się w brzuchu gorącą spiralą.

Dzieciakom byś tego nie zrobił,.

Dzieciaki nie są tak silne jak ty.

Eryk uśmiechnął się brzydko i zapadł się w poduszki. Charles był przebiegłym przeciwnikiem, podobnie jak Shaw, i podobnie jak Shaw miał skrzywienie na punkcie testowania siły i słabości.

"Masz nadzieję, że każdy napotkany przez ciebie mutant będzie od ciebie słabszy. Słabszym będziesz pomagał, zbyt silnych będziesz się bał. Hipokryta."

"Będę pomagał wszystkim, który będą chcieli mojej pomocy." wyszeptał napiętym głosem Charles, przysuwając się bliżej do Eryka, ale on tylko zmierzył go spokojnym, nieruchomym spojrzeniem, po czym odwrócił się do ściany.

"Wyjdź Xavier. Chcę teraz spać."

Charles wstał z fotela, wyraźnie urażony tym, że Eryk zwrócił się do niego po nazwisku, po czym sztywnym krokiem wyszedł z sypialni, zamykając za sobą cicho drzwi.

Należało mu się.

 

 

 

 

end

 

by Homoviator 07/2011

 

Czytaczu, jak czytasz, daj znaka, że czytasz. Wen potrzebuje pożywki, bo pisze się powolutku, ale do przodu.

August 2017

S M T W T F S
  12345
67 89101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Sep. 20th, 2017 03:51 am
Powered by Dreamwidth Studios