homoviator: (SherlockJohnLaugh)
[personal profile] homoviator

Życie doktora Watsona po Afganistanie jest przygnębiającym, szaroburym pasmem nijakich wydarzeń. Terapeutka radzi mu kupić sobie zwierzę do opieki i John, faktycznie znajduje sobie kogoś do opieki, ale nie zwierzę. Sherlock Holmes jest dużo bardziej wymagający niż byle kot, jest także dużo bardziej interesujący.

Fluff, slice of life, jeszcze żadnych dłuższych fabuł i sensacyjnych wstawek nie ma.

Fluff dla [info]chuchacz naciskała po Reichenbach Falls

Slice of life dla mnie, bo czuję, że w tym universum na Baker Street zadomowię się na dłużej :)

Rzecz powinna być one shotem, i one shotem będzie, ale podzielonym na dwie części :)

 

Za tydzień część druga i ostatnia.


Roz.1

Nazwy są gośćmy rzeczywistości. Prawda nie ma nazwy.

przysłowie chińskie

Od kiedy wrócił z Afganistanu, dni upływały mu w ten sam, monotonny sposób. Budził się po kolejnej niespokojnej nocy, pełnej koszmarów o czołgach, krwi i ludzkich szczątkach na ulicy. Budził się sam. Jak zawsze. Jak zawsze sam się uspokajał, mamrocząc pod nosem bezsensowne pocieszenia, sam robił sobie wczesno poranną herbatę, ubierał się w swoje samotnie leżące na krześle ubranie i wyruszał na samotną wyprawę do Tesco. Bo ileż razy można było jeść na śniadanie ostatnie w koszyku, samotne jabłko?

Spotkania z terapeutką, Cath Thompson, John Watson miał trzy razy w tygodniu, raz w tygodniu rehabilitacja ramienia i nogi. Nie lubił tych sesji, usiłowano mu na nich wmówić, że to, co obecnie postrzega jako samotną, szarą, wyzutą z kolorów egzystencję, jest tak naprawdę życiem, trzeba tylko aktywować potencjał w nim tkwiący. John nie mówił nic, gdy po raz wtóry terapeutka imputowała mu w sposób jednoznaczny, że wielu żołnierzy ma ten problem. Po wojnie, składającej się głównie z długich momentów ogłupiającej nudy, poprzerywanych chwilami ostatecznego, krwawego przerażenia, umysł ludzki płatał figle. To co do tej pory cieszyło, teraz zdawało się obojętne, to co do tej pory miało kolor, blakło. John nie mówił nic, ale miał wrażenie, że świat właśnie tego typu psikus mu zrobił. Wyblakł.

Kiedyś, przed szalonym pomysłem zaciągnięcia się do armii, John byłby wdzięczny za taki długi urlop. Wiedziałby co zrobić z wolnym czasem, czytałby zaległe książki, oglądał zaległe filmy i spotykał się ze znajomymi i wracał z pubów grubo po północy, flirtowałby na całego, w poszukiwaniu życiowej partnerki zaliczając partnerki bardziej tymczasowe. Teraz niby wciąż mógł to wszystko robić, teraz mógłby zrobić to, na co zawsze brakowało mu czasu. Tylko wydawało mu się to wszystko bezbarwne i wyzute z sensu.

Czytał książki bez przyjemności, z nudów. Jadł z konieczności, aby utrzymać kondycję cielesną, nie, aby delektować się smakiem. Spacerował bez celu, nie, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, ale aby wytracić czas. Bo w jakiś pokręcony sposób, czas Johna Watsona od powrotu z Afganistanu, płynął kompletnie inaczej niż większości ludzi.

O tym także nigdy nie powiedział terapeutce.

Otóż tydzień Johna składał się tylko z dwóch dni. Z nasyconego melancholią poniedziałku, przygnębiającego, bo rokującego sobą tylko kolejnych siedem nudnych, takich samych dni, oraz z niewygodnego piątku, sygnalizującego, że w weekend powinno robić się coś innego, najlepiej z innymi ludźmi, najlepiej nie samotnie.

John nienawidził piątków, chociaż samo w sobie było to błogosławieństwem. Lepiej było czegoś nienawidzić, niż czegoś kompletnie nie zauważać. Reszta dni tygodnia była dla Johna niezauważalna, przelatywała mu przed oczyma jak nic nie znaczące, błahe newsy w telewizji, nieco szarawe, nieco upozorowane, w gruncie rzeczy puste. Tak oto, w takim ciągu dni nie różniących się od siebie niczym, poza niewygodą i melancholią, mijały Johnowi Watsonowi tygodnie. Tygodnie szybko zmieniały się w miesiące i kurcze, już niedługo miesiące zamienią się w pół roku, a on wciąż mieszkał w tanim, studenckim, jednopokojowym mieszkaniu, z jedną, samotną, nie do końca rozpakowaną walizką ubrań, laptopem i denerwującą, ale niezbędną laską.

Nienawidził laski. Nienawidził, że usiłowano mu wmówić, że jej nie potrzebuje, i że cała rana tak naprawdę jest w jego głowie. Noga naprawdę go bolała, jak mogło to być tylko w jego głowie, do diaska?

Czas Johna płynął dwutorowo. Gdy John był sam, czyli dziewięćdziesiąt procent czasu, czas leciał na złamany kark, spowalniał natomiast, gdy John wychodził do ludzi. Na ulicę. Spotkać się z terapeutami, z siostrą. Wtedy czas przyspieszał, pozostawiając Watsonowi poczucie, że świat żyje dalej, bez niego, ludzie dalej pracują nad utrzymaniem cywilizacyjnego status quo, nad utrzymaniem rodzin, nad przejściem bezpiecznie na druga stronę ulicy.

Czas w życiu Johna Watsona był stworzeniem kapryśnym i niebezpiecznym. Trzeba się było pilnować, żeby jego zawahań nie zobaczyli inni, w spojrzeniu Johna, w jego nagle przyspieszonym oddechu, w niedowładzie jego nogi.

John o swoich przygodach z czasem nigdy nie opowiedział terapeutce. Thompson jak nic zrobiłaby z niego wariata, a więc John wolał trzymać się znanych skryptów, znanych dróg. Wszystko z nim w porządku, wszystko dobrze. Tak jak zawsze. Tak jak zawsze.

Tak jak zawsze nieprzytomnie nudno.

"Masz minę jak zbity pies. Zbity pies, który mieszka w dziurawej budzie." powiedziała Harry znad kolejnego kieliszka wina, a gdy John skrzywił się z dezaprobatą, tylko przewróciła oczyma. "Nie nabierzesz mnie na tą swoją neutralność. Znam cię całe twoje życie, Johnny, i wiem, kiedy coś się źle dzieje."

"Nic się źle nie dzieje." odparł równym, spokojnym głosem John i zmierzył siostrę ciężkim wzrokiem. "Z tobą natomiast dzieje się coś na pewno. Od kiedy rozstałaś się z Klarą, pijesz tylko z małymi przerwami na kawę."

Harry prychnęła i zaczęła opowiadać ze szczegółami, jak związki monogamiczne niszczą psychikę, kreatywność i wolną wolę jednostki. John przestał słuchać przy trzecim zdaniu. Grunt, że uwaga siostry nie była już skupiona na nim i na jego mizernym lokum.

Podobno po domu można było rozpoznać, czy jego mieszkańcy cierpią na depresję. Domy zakurzone, średnio zadbane, w których nie było strasznego bałaganu, ale też nie było konkretnego porządku wskazywały na pewne rozchwianie mentalne. Domy w których mieszkało się jak w hotelu, nie dokupowało się nowych mebli, nowych naczyń, nie przemalowywało ścian, nie wymieniało wieszaków na ręczniki na nowocześniejsze wersje. Domy puste, z pustymi sypialniami i pustymi lodówkami, ze smętnymi korytarzami, po których walała się równie smętna jedna para butów. Domy, w których wszystkie kwiatki schły pomimo podlewania, albo nie było ich wogole... takie domy wskazywały na depresję swoich mieszkańców, a w każdym razie na ich zawirowania mentalne. John nie chciał wiedzieć, co mówiła o nim dziupla, którą wynajmował, pokój z aneksem kuchennym, maleńką łazienką z obrzydliwymi, popękanymi kafelkami i starą prysznicową matą w rozmyte, szarobure kwiaty. Trudno było to nazywać domem. Ot, bladozielony, przykurzony kawałek przestrzeni, w którym doktor Watson przetrzymywał swój mizerny dobytek.

Od miesiąca obiecywał sobie, że kupi maszynkę do kawy, ale jeżeli chodziło o nabywanie sprzętu elektronicznego, czas leciał nieubłaganie. John nigdy nie zdążał poczynić zakupu przed piątkiem, a po piątku nie miał siły przetaczać się pomiędzy radosnymi, weekendowymi tłumami, tak więc nauczył się żyć bez porządnej kawy. Zresztą kawa w połączeniu z traumą powojenną może nie była idealnym pomysłem.

John wrócił z kolacji z Harry i kuśtykając, wtoczył się powoli do swojego bladozielonego kawałka przestrzeni. Nie włączając świateł, powlókł się do aneksu kuchennego, przyciągnął sobie mały, niewygodny stołek, którego jakoś nie mógł wymienić na nowy i wygodniejszy, i usiadł z westchnieniem. Czuł się jak sterany, zmęczony, nie nadający się już do niczego człowiek, a jeżeli John czegoś naprawdę nie cierpiał, to poczucia bezużyteczności. Zacisnął zęby, zrobił kilka głębszych oddechów, tak jak pokazywali mu na fizjoterapii. Gdy zaczął ostrożnie zdejmować buty, cały sztywny w okolicach lędźwiowych i wyczulony na najmniejszy ból nogi, poczuł się jeszcze gorzej, jeszcze starzej. Noga rwała, ramię pulsowało tępym bólem, który bardziej wynikał z uszkodzenia nerwów niż z faktycznego przeciążenia. Johnowi drżały dłonie. Miał dopiero czterdzieści lat. Ludzie w jego wieku zakładali rodziny, albo już rodziny mieli, uprawiali satysfakcjonujący seks małżeński, ganiali z radosnymi pokrzykiwaniami swoje dzieci po ogródkach, prali pieluchy i grali w sobotnie wieczory z kolegami w brydża.

Być może faktycznie John swoje życie zostawił w Afganistanie, a teraz, po powrocie, nie potrafi nawet zebrać się do kupy i zacząć od nowa. Nie nadawał się już, nie nadawał...

Nie lubił o tym myśleć. W niemyśleniu pomagało mu oglądanie odmóżdżających seriali BBC i czyszczenie pistoletu, który trzymał w szufladzie razem z laptopem. Glock, pamiątka z czasów, kiedy John Watson był postacią użyteczną i znaczącą. Siedzenie na kanapie z bronią w ręku do późnych godzin nocnych i oglądanie Dead Zone po raz tysięczny nie należało do najzdrowszych zachowań, z drugiej jednak strony wszystko, co pomagało przetrwać noc było dobre i cenne. John nie zamierzał tego puścić tylko dlatego, że ludzkość od pistoletów odnosiła się z niechęcią, a do samotnych, czterdziestoletnich mężczyzn na żołnierskiej rencie z dystansem. Przecież nie chodziło o to, że zrobi sobie coś, że popełni samobójstwo, siedząc samotnie w pustym mieszkaniu, z czasem, płynącym całkiem poza kontrolą. Przecież nie chodziło o to, że Glock go kusił, żeby to wszystko raz na zawsze skończyć, bo nie ma sensu męczyć się w świecie, do którego się nie pasuje, i być może, nie będzie się już pasował nigdy. Ludzie zawsze byli pełni przesądów, zawsze też interesowali się zbytnio losem innych, zamiast zająć się samymi sobą.

John zapalił światło i zdjął kurtkę. Włączył telewizję, wstawił wodę na herbatę i pokuśtykał po broń.

/////////////

"Myślałeś kiedyś, żeby sprawić sobie zwierzątko?"

Thompson odpowiedziała na zaskoczone spojrzenie Johna profesjonalnym wzrokiem zdystansowanej psychoterapeutki.

"Zakładam, że nie. Poza psem, którego posiadałeś razem z siostrą w wieku siedmiu lat, nigdy nie miałeś zwierzęcia. Być może posiadanie czegoś, co wymagałoby opieki i zaangażowania, pomogłoby ci się odnaleźć."

John zaplótł dłonie na brzuchu, rozparł się w fotelu i zaczął udawać, że rozważa ów absurdalny plan. On sam zmuszał się czasami do codziennych czynności, niezbędnych do przeżycia, takich jak jedzenie, pranie i ścielenie łózka. Skąd miałby wziąć energię, skąd miałby wygenerować poczucie odpowiedzialności, żeby zaopiekować się kimś innym? Kimś całkowicie zdanym na niego?...

Thompson nic nie mówiła, tylko śledziła go oczyma, które nagle złagodniały i przybrały współczujący wyraz.

"Co o tym sądzisz? Miałbyś kogoś, kto czeka na ciebie w domu i wymaga od ciebie działania..."

John pokręcił głową i spojrzał Thompson prosto w twarz.

"Nie. Jakoś tego nie widzę."

/////////

Czasami miał wrażenie, że nie może już dłużej grać tej farsy, że jeszcze jeden dzień noszenia maski normalności, a wybuchnie, rozpłynie się, zwietrzeje. Zniknie. Czasami miał wrażenie, że nie wytrzyma ani minuty dłużej tego zawieszenia, w życiu, które tak naprawdę nie jest jego życiem, pośród ludzi, którzy nic nie wiedzą i nic nie chcą wiedzieć, ani o Afganistanie, ani o nim samym. Bezduszne przypadki w supermarketach, obojętne zbiegi okoliczności na przystankach autobusowych, neutralne spojrzenia uprzejmych sztucznie sąsiadów. I strach, paraliżujący, ogłupiający strach, że pewnego dnia John zwariuje, wyjmie ze swojej szuflady wypolerowanego do bólu Glocka, wybiegnie na ulicę i zacznie strzelać do ludzi. Tylko po to, żeby pokazać im, jaki jest naprawdę.

John żywił cichą nadzieję, że zanim do tego dojdzie, sam sobie strzeli w łeb. Tak byłoby bardziej honorowo, w końcu był doktorem.

Czasami wyobrażał sobie ten dzień, ciężar glocka w dłoni, zimną lufę pod brodą, ostatnie zamknięcie oczu, wystrzał i ciszę. Cieszę, po której nie byłoby już tłumaczeń, terapii, gadaniny, byłaby tylko mlecznobiała poświata śmierci. Zapewne nikt poza siostrą Johna nie zauważyłby tego nic nie znaczącego zniknięcia, co tylko czyniło sytuację jeszcze bardziej gorzką.

Szczęśliwie takie gorsze dni trafiały się Johnowi rzadziej niż częściej. Nigdy nie wspomniał o nich terapeutce, i tak by nie zrozumiała, ze swoją optymistyczną perspektywą, że wszystko można wyleczyć, że silna wola jest gwarantem przetrwania, że gdy chcemy, możemy wszystko.

John miewał dni, kiedy nie był do końca pewien, czy chce akurat to wszystko, co miał do zaoferowania wyblakły, bezbarwny świat.

///////////

"Pies byłby lepszym kompanem, dobrym towarzyszem spacerów, bardziej przyjacielski... ale jeżeli wolisz coś mniej uciążliwego, to może kot? Kot ma małe wymagania, z natury jest samotnikiem, całe dnie można go zostawiać samego..."

Thompson rozwijała przed Johnem wspaniałą wizję życia ulepszonego o zwierzaka, tym razem konkretnie kota, a John miał wrażenie, że nawet opieka nad rybkami by go przerastała.

Gdzie się podziały jego marzenia o rodzinie? O domku na przedmieściach Londynu, w pobliżu jednej z tych lepszych szkół i ogródków zabaw? Za stary, niedopasowany, zbyt sztywny i zbyt zmęczony. Zbyt zmęczony na posiadanie rybek.

"Do jasnej cholery, no! Przecież nie mam jeszcze czterdziestu jeden lat!" huknął wściekle John i z rozmachem wstał z fotela, podpierając się ciężko na swojej kuli i sapiąc.

Thompson, która właśnie dywagowała na temat kotów bez sierści, zapatrzyła się na Watsona z otwartymi ustami, ale on już kuśtykał w kierunku drzwi.

"Przepraszam. Bardzo przepraszam."

To był naprawdę koszmarny dzień. Tym bardziej, że po spotkaniu z Thompson nic się już więcej tak naprawdę nie wydarzyło.

///////////

John Watson, jeżeli miałby być całkiem szczery, wciąż tęsknił za akcją, nawet jeżeli byłaby to mordercza, okropna, nieludzka akcja w Afganistanie. Tak, John być może nie był dobrym człowiekiem, w końcu tęsknił za wojną na boga, ale był dobrym żołnierzem, i jako taki kompletnie nie odnajdował się w Londynie. Z psem, czy bez psa, z kotem czy bez kota, John po prostu nie pasował.

Na dodatek jego bladozielona pseudo prywatna przestrzeń zdrożała od przyszłego miesiąca i musiał znaleźć sobie inne mieszkanie. Akurat w grudniu. Miał dwa wyjścia, albo opuścić Londyn i zagnieździć się w tańszych przedmieściach, albo zostać w Londynie i poszukać współlokatora, z którym dzieliłby metraż i koszta. Pierwsze wyjście, John wiedział to na pewno, wyjęłoby go z rzeczywistości jeszcze bardziej niż był z niej wyjęty już teraz, oddaliłby się kompletnie, od ludzi, od życia, od swoich głupich, ale zapewniających spacery i pieniądze, terapii. Druga opcja nie brzmiałaby tak źle, gdyby nie przywodziła na myśl studenckich czasów. Studenckie czasy w wieku lat czterdziestu były wytknięciem życiowej porażki. Nie masz pieniędzy, żeby wynająć coś samemu, nie masz żony, męża, partnera, aby wynająć coś razem z nimi. Generalnie nie masz nic, do rodziców głupio wracać, a z osławioną wolnością studencką masz niewiele wspólnego, boś na nią za stary. Po pubach nocami już nie pobiegasz tak jak kiedyś, już nie zarwiesz tak łatwo jak kiedyś nocy.

Wolność czterdziestolatka, poszukującego współlokatora do wynajęcia mieszkania w Londynie, miała w sobie coś upokarzającego. Zamieszkiwanie z jakimś niewyżytym studentem było jeszcze gorszą perspektywą niż parę tygodni przetrzymanych na kanapie u siostry, a szanse na znalezienie kogoś w podobnej sytuacji życiowej co John, były raczej niewielkie. John starał się nie poddawać, ale szczerze mówiąc, nie wyglądało to dobrze. Wyglądało to jak porażka.

A potem John spotkał Stanforda, dawno nie widzianego kolegę z wojska. Stanford utył, nieco wyłysiał i akurat miał w zanadrzu znajomego, który także poszukiwał współlokatora.

Sherlock Holmes, jak się okazało, był dużo ciekawszy do opieki niż kot. I dużo bardziej wymagający.

/////////////////

John otworzył oczy, obrócił się na bok i spojrzał na budzik, stojący przy łóżku. Piąta trzydzieści. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że ostatnie parę nocy przespał bez koszmarów.

Ziewnął, usiadł pośród rozrzuconych kołder i po omacku odnalazł kapcie. Był wypoczęty, chociaż spał tylko pięć godzin, czuł, że jest gotowy stawić czoło dniowi. Nie zdarzało mu się to wcześniej. Przed Afganistanem był zbyt zajęty, żeby poddawać się trywialności zmęczenia, w Afganistanie nie było czasu być zmęczonym, a po Afganistanie zmęczenie nie miało końca, wahania czasowe potrafiły splatać niezłego figla, podobnie jak koszmary senne.

John ruszył do łazienki, zarzucając na siebie szlafrok. Odkręcił zimną wodę i pochylił się nad umywalką. Z lustra spojrzała na niego spokojna, zdecydowana, rzetelna twarz osobnika, który ma przed sobą jeszcze ładny kawałek życia i cieszy się na tą okazję. John powoli przyzwyczajał się do widoku tej twarzy, od kiedy zamieszkał razem z Holmesem, była ona coraz częstszą okolicznością.

John powlókł się niespiesznie, wykonać swoją poranną rutynę, którą ustalił, gdy tylko wprowadził się na Baker Street 221 B. Włączyć bojler, wstawić wodę na herbatę, odsunąć eksperymenty Holmesa ze stołu na pobliskie blaty kuchenne i zrobić śniadanie. Sprawdzić lodówkę, oraz zawartość słoików, kartonów i pudełek, zerknąć, czy aby na pewno dżem jest dżemem, a nie kolejnym przejrzałym grzybem, zebranym spod paznokci nieboszczyka. John bez szemrania sprawdzał, odsuwał, uprzątał i przecierał szmatą. Gdy mieszkał sam, nie potrafił się zmusić do tego rodzaju metodyczności, teraz, zamieszkując z kimś tak zmiennym, nieobliczalnym i czasami szalonym jak Sherlock, wytworzenie rutyny było nieomal mechanizmem obronnym. Aby nie zostać zmiecionym z powierzchni ziemi przez wspaniale chaotyczny, jednocześnie do bólu logiczny tryb życia Holmesa, trzeba było od raz ustalić priorytety i wyznaczyć granice.

Pierwsze dwa tygodnie wspólnego mieszkania upłynęły na ustalaniu i odkrywaniu owych granic. Sherlock szybko nauczył się, że granie na skrzypcach po trzeciej nad ranem jest zabronione i owocuje natychmiastowym odcięciem od zawartości lodówki (zarówno jadalnej jak i niejadalnej). Sherlock poniekąd zaakceptował też, że sypialnia Johna jest poza jego zasięgiem, chyba, że w jakiś ekstremalnych przypadkach, takich jak mały, ale nadspodziewanie widowiskowy pożar na schodach.

John z kolei nauczył się, że nie należy od Sherlocka oczekiwać ogarniania bałaganu w salonie, poszanowania własności prywatnej takiej jak sweter swojego współlokatora, oraz co tygodniowego szorowania łazienki i kuchni. Wszelkie grafiki, wyznaczające zakres obowiązków domowych zostawały przez Holmesa bez mrugnięcia okiem zignorowane. Na przetrzymanie też nie było co Sherlocka brać, bo konkurencję, kto dłużej wytrzyma z brudną toaletą, Sherlock jednogłośnie wygrywał.

"Niektórzy wcześniejsi współlokatorzy uciekali z krzykiem. Dosłownie." mawiał z błogim uśmiechem Mycroft. "Ludzie mają czasami zadziwiająco słabe nerwy. Dlatego też niezmiernie jestem rad, że tak dobrze się razem dogadujecie, doktorze."

John nie pytał, nie chciał wiedzieć, ile kamer i gdzie Mycroft kazał zainstalować na Baker Street, żeby wydać ten werdykt.

Tak czy owak, Watson doszedł do wniosku, że w pewnych sprawach nie może zachowywać się jak dzieciak i ktoś z dwóch sublokatorów pani Hudson musi być dorosły i zadbać o poziom życia. Umyć toaletę, wyszorować linoleum w kuchni, zapewnić stałe dostawy herbaty, ciastek i tostów z dżemem pomarańczowym.

"Nie lubię dżemu pomarańczowego." narzekał Sherlock, kręcąc nosem na oferowany mu śniadaniowy tost. "Nie możesz kupować jakiegoś innego smaku, John? Wiśnia, aronia?"

"Nie mogę." odpowiadał pogodnie John i wgryzał się ze smakiem w grubo posmarowany przetworem pomarańczowopodobnym chleb. "Jak nie lubisz, dżem wczoraj, dżem jutro, ale nigdy dżem dziś, Alicjo."

Sherlock, błyskotliwy jak zawsze, załapał od razu, że albo je dżem pomarańczowy, albo nie je wcale, poddał się więc niemal bez walki. John przypuszczał, że na skali ważności Holmesa jedzenie nie znajdowało się aż tak wysoko, żeby walczyć o jakiekolwiek preferencje.

Po paru tygodniach wspólnego zamieszkiwania okazało się, że Sherlock, bez namawiania i wyrzekania, sam z siebie robi prania, szoruje zlewy i myje okna. John nie miał pojęcia, czemu akurat takie czynności domowe Holmes sobie upodobał, ale nie wnikał. Zlewy zapewne musiały być idealnie czyste do eksperymentów, czyste okna gwarantowały dobre oświetlenie, potrzebne w pracy jedynego na świecie konsultanta detektywistycznego. Holmes bez szemrania opierał także całe domostwo, swoje ubrania, a także firany, pościel, bieliznę i wszystko, co przepierki wymagało. Co ciekawe wielkie prania urządzał sobie zwykle w piątkowy wieczór, co Mycfort, odwiedzający ich regularnie w piątki właśnie, kwitował z uśmiechem, że "całkiem jak mamusia".

John miał na końcu języka pytanie, czy ich mamusia pozostawiała także odcięte ludzkie głowy w lodówce, nie szorowała toalet i pozostawiała za sobą szlaki brudnych i czystych skarpet, skręconych razem w jakiś niezrozumiały, ale widoczny wzór. Jednak temat matki Holmesów był na tyle tajemniczy i wyraźnie drażliwy, że nigdy się nie ośmielił.

John przeciągnął się, aż chrupnęło i wkroczył do salonu, ziewając rozgłośnie.

Mieszkanie było ciche i puste, tak jak zawsze, gdy Sherlock i jego ekscentryczna, wybujała osobowość, szli spać.

John z przymkniętymi oczyma potoczył się w stronę kuchni, po drodze uprzątając walające się po podłodze puste menzurki, pipety i coś, co wyglądało jak zwinięte w nienaturalny kłąb cztery pary ręczników. Z kłębów koca, zalegającego na kanapie, wystawała naga, blada stopa o arystokratycznie długich palcach i siateczce niebieskich żyłek dookoła kostek. John bez namysłu przykrył stopę jaśkiem z wydrukiem brytyjskiej flagi, następnie wyprostował pokręcone kapy na fotelu i od niechcenia przejechał parę razy mopem podłogę w kuchni. Ten poranek zapowiadał się wyjątkowo spokojnie. John jak dziś pamiętał ogromną, tłustą kałużę czerwonej jak krew cieczy, która swego czasu powitała go w kuchni. Eksperymenty Sherlocka nie zawsze były bezpieczne, a jeszcze rzadziej były przyjemne dla oka.

Wyjął dwa kubki do herbaty, jedną filiżankę i czajniczek do zaparzania kawy. Maszynki do kawy wciąż nie kupił, ale nie miał już potrzeby. W ogromnych, zakurzonych szafkach kuchennych, które wraz z całym dobytkiem, opchnęła im pani Hudson, znalazł się także niewielki, miedziany, wykuwany czajniczek. Idealny do zaparzania kawy tradycyjnym sposobem, na wolnym ogniu. John, gdy tylko wziął w dłoń bambusową rączkę już wiedział, że przypisze sobie całkowite prawa do tego małego cuda. Oczywiście Sherlock zaraz zainteresował się czajniczkiem także (idealny do przelewania gorącego roztworu azotanu, John! Idealny!), ale John tupnął nogą i postawił na swoim. Holmes jeszcze parę razy robił zakusy na miedziane naczynko, ale bezskutecznie. John Watson, jeżeli akuratnie chciał, potrafił być stworzeniem ogromnie upartym i żaden odgrywający teatralnie smutek i ból serca geniusz nie był go w stanie do niczego zmusić.

John wstawił wodę na herbatę i postawił czajniczek z kawą na gazie. Zakrzątnął się dookoła nowego eksperymentu Sherlocka, odstawiając delikatnie na parapet naciągniętą na wałeczki skórę, a w każdym razie coś, co jak skóra wyglądało. Starał się nie myśleć, czy była to skóra ludzka, czy zwierzęca. Miał jeszcze dwie minuty, zanim kawa zacznie bulgotać w czajniczku, trzeba się więc było uwijać. John wyjął talerze, chleb, dżem i zaczął przygotowywać tosty. Domowe odgłosy przygotowywania śniadania, kuchenna krzątanina, rozpoczynająca powoli dzień. John nie miał pojęcia, jak wcześniej bez tego żył, z obecnej perspektywy czas po Afganistanie był dla niego niczym w połowie przespany, szary, ponury film.

Kawa zaczynała już terkotać. John włożył cztery tosty do tostera i chwycił za rączkę miedzianego czajniczka. To właśnie było piękne w tym naczyniu, nie trzeba było patrzeć, wystarczyło ująć uchwyt i odczuć drgania zaparzającej się kawy. Małe a cieszy, już dawno nie radowały go takie drobne rzeczy, więc z zadowoleniem poddał się chwili. I tak oto John Watson, eks żołnierz, inwalida, osobnik odporny na wszelkie psychoterapie, stał sobie przy kuchence, z ręką na trzonku czajniczka i z przymkniętymi oczyma wdychał zapach parzonej tradycyjnie kawy.

Po raz pierwszy od ponad pół roku był w absolutnej zgodzie ze wszechświatem. Nie czuł się niepotrzebny, za stary, niedopasowany czasowo i nieudany. Kto by pomyślał, że zamieszkiwanie z egotycznym, neurastenicznym, nieobliczalnym maniakiem, nieustannie wplątanym w niebezpieczne sprawy i śledztwa, tak pozytywnie na niego wpłynie.

Spod kłębu koca na kanapie ktoś westchnął, następnie blada stopa kopnęła brytyjskiego jaśka, który wylądował na parapecie, strącając jakiś, szczęśliwie pusty, słoik.

"HmmmmmhrrrrJohn?" zapytał wyraźnie zdezorientowany kłąb koca, po czym usiadł w wyprostowanej pozycji na kanapie i rozsunął swoje poły. Niewyspana twarz Sherlocka była jeszcze bledsza niż jego stopy, co było niemalże niemożliwe.

"Dzień dobry Sherlock." powiedział solennie John, po czym zdjął czajniczek z ognia i wlał jego aromatyczną zawartość do kubka. Kubek był pękaty, wielki, i miał napis "I love Kenia". "Masz ochotę na śniadanie?"

"Śniadania to strata czasu." oznajmił z wyższością Sherlock, po czym przeniósł się ze swoim kocem na krzesło w kuchni. "Tylko herbata dla mnie, dziękuję."

"Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia." zauważył niepotrzebnie John, po czym zalał herbatę i wyjął tosty z tostera. Sherlock patrzył z pochmurną miną, jak tosty lądują na talerzach, zostają gruntownie posmarowane najpierw masłem, potem dżemem, ale nie protestował więcej.

Po pierwszym miesiącu wspólnego mieszkania, gdy John zauważył u Sherlocka pierwsze objawy hiperglikemii, zbyt niskiego poziomu cukru, objawiającego się drżeniem, brakiem koncentracji i problemami z utrzymaniem równowagi, wziął na siebie obowiązek karmienia detektywistycznego geniusza. Oczywiście, Holmesa nie można było zmusić do czegoś, czego tak naprawdę nie chciał, co Sherlock wyraźnie pokazał Watsonowi już przy pierwszej próbie wmuszenia w niego obiadu. Obiad wylądował razem z kaszą, buraczkami i gulaszem na ścianie, po której spłynął malowniczo, nieodwracalnie niszcząc tapetę pani Hudson. John nie odzywał się do Sherlocka przez dwa dni, Sherlock przez dwa dni chodził nadąsany i zamiatał połami szlafroka, od czasu do czasu rzucając się na kanapę i pisząc smsy z prędkością światła. Doszli do konsensusu stosunkowo szybko. John miał prawo do spożywania śniadań w towarzystwie Holmesa, a Holmes, żeby pokazać, że czasami jada także dania ciepłe i obiadowe, od czasu do czasu zaprasza Johna na kolację, albo zamawia chińszczyznę na wynos.

Tematyka jedzenia, zwłaszcza herbat i ciastek, które John wmuszał w Sherlocka razem z herbatami, powracała w ich konwersacjach średnio raz, dwa razy na dzień.

"Czemu tak naprawdę przejmujesz się, czy coś jem, czy nie? Jedzenie spowalnia mi umysł, a na to nie mogę sobie pozwolić. Nie każdy może wieść tak spowolnione myślowo życie jak ty, John."

John wzruszył ramionami, ignorując obraźliwą uwagę, i zdecydowanym ruch postawił przed Sherlockiem talerz z parującym tostem, posmarowanym obficie dżemem pomarańczowym.

"Wolę, żeby ludzie w moim otoczeniu nie mdleli z głodu."

Sherlock pokiwał smętnie głową i wziął łyka herbaty. Owinięty w koc i swój granatowy szlafrok, z włosami, które czarnymi lokami sterczały na wszystkie strony świata, z bladą, kanciastą twarzą, odsłoniętą szyją i dłońmi, splecionymi ciasno na kubku herbaty, Sherlock Holmes wyglądał na kogoś znacznie młodszego, znacznie mniej ironicznego niż w istocie był. Pozory, oczywiście, myliły.

"Ach, te humanitarne zachowania ludzkie. Zawsze mają niezbyt humanitarne, ale jakże przyjemnie, atawistyczne podłoże." Sherlock uśmiechnął się znad swojego kubka herbaty, jego szaroniebieskie oczy lśniły. "A więc twoje starania abym jadł a przez to, trzymał to, co większość społeczeństwa uważa za względną formę, to dbanie o własny interes. Pilnujesz w ten sposób, żeby członek stada nie zmarniał i nie zginął. Robisz to więc dla własnej korzyści, bo wiadomo, że jeżeli twoi członkowie stada wyginą, prędzej czy później wyginiesz i ty. Prawa natury, prawa żołnierza doktora, opiekującego się kamratami. Teraz rozumiem, tak..."

Sherlock miał niezwykłą umiejętność przeinaczania najprostszych, ludzkich odruchów i odczytywania wszystkiego, jako dbanie o własne interesy. Czasami jego spostrzeżenia były zatrważająco trafne, czasami były po prostu próbą podpuszczenia Johna, zdenerwowania go tak, żeby pokazał swoje karty. Sherlock wychodził z założenia, że każdy ma jakieś tam swoje ukryte karty, ukryte potrzeby i interesy, i tylko nieliczni potrafią je ukryć na tyle, żeby nie być oczywistymi. John powinien odebrać to jako pochlebstwo, że Holmes uważa go za skomplikowanego na tyle, żeby mieć coś ukrytego w zanadrzu, ale John odbierał to tylko jako niezbyt udaną obelgę kogoś, kto na emocjach zna się mało, albo wcale.

"Tak, Sherlock, rozgryzłeś mnie." przyznał z uprzejmym uśmiechem John i jednym ruchem łyżki wrzucił Holmesowi porządną porcję miodu do herbaty. Sherlock skrzywił się na takie niecne podwyższenie kaloryczności napoju, ale kubkiem nie uciekł. Dobrze.

"A nie wpadłeś czasem na to, geniuszu, że po prostu lubię jeść śniadania w towarzystwie? Wiesz, jak to zwierzęta stadne. Lepiej nam smakuje, jak mamy obok kogoś, kto też je."

"Jak wróciłeś z Afganistanu nie miałeś nikogo takiego, a jakoś żyłeś." zauważył bezlitośnie Sherlock, a John zastygł ze swoim tostem w połowie drogi do ust. Holmes, jak zwykle, strzelił i trafił. Zbyt blisko.

John podjął spożywanie śniadania, nie komentując niczego, ale szkoda została popełniona. Sherlock zauważył jego dyskomfort i zapewne będzie teraz chciał dowiedzieć się szczegółów, jak to on, pogrzebać patykiem w ranie, wytknąć niekonsekwencję. Tak, John Watson, po powrocie z Afganistanu jakoś żył, z naciskiem na "jakoś". Jakoś przetrzymywał swoje boleśnie takie same dni, jakoś utrzymywał swoje ciało, jedząc skąpe, ale regularne posiłki, kompletnie pozbawione smaku.

Nie mógł przyznać Sherlockowi wprost, że posiadanie współlokatora było dla niego korzystne nie tylko ze względu na niższe koszty życia. Wspólne śniadania, rutyna sprzątania salonu, przykrywanie Holmesa kocem czy poduszkami, gdziekolwiek akuratnie geniusz zdecydował zasnąć, a był pod tym względem niezwykle kreatywny. To wszystko w jakiś sposób napełniano życie Johna Watsona sensami, za którymi tak skrycie tęsknił po powrocie z Afganistanu.

Holmes patrzył na Johna ciekawie, popijając małymi łyczkami gorącą herbatę.

"Nie lubimy w innych ludziach tego, czego nie lubimy w sobie."

John łypnął ciekawie na Sherlocka, na co ten odpowiedział przenikliwym, szaroniebieskim spojrzeniem istoty wyższej i wszechwiedzącej. I nie sprzątającej po sobie, zagryzającej toalety i urządzającej wielkie prania w piątkowe wieczory, dopowiedział sobie John i rozchmurzył się.

"Tak więc ty skrycie lubisz jeść wspólnie śniadania i oglądać wieczorne powtórki seriali BBC." dodał już na głos, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. "A ja uwielbiam pościgi za niebezpiecznymi typami i groźne eksperymenty chemiczne w zlewie."

Sherlock uśmiechnął się także, nietypowy kształt jego ust nagle bardziej przystępny.

"Dokładnie."

"Jeszcze powiedz, że lubisz dżem pomarańczowy." fuknął John w udawanym gniewie, na co Sherlock uniósł wysoko brwi i przybrał minę hrabiego, spotwarzonego przez wieśniaka.

"Nie cierpię dżemu pomarańczowego."

"Ale go jesz."

"Jem."

Roześmiali się razem, wspólnie, John łamliwym altem, do którego nigdy by się nie przyznał, Sherlock mrukliwym, mechatym barytonem.

Sherlock, jak zwykle, i z tym stwierdzeniem trafił. John był osobą wewnętrznie rozdwojoną. Z jednej strony łaknął normalności, codziennej dawki zwykłości i bezpieczeństwa, płynących z codziennych śniadań, szorowania podłóg i wietrzenia pościeli. Z drugiej strony, tej mroczniejszej, tej, którą na darmo usiłowała rozgryźć psychologicznymi zagrywkami Thompson, z drugiej strony John pożądał akcji. Przygody. Sensacyjnej fabuły, w której mógłby się poczuć potrzebny, użyteczny, w której mógłby użyć swoich umiejętności i nie wzbudzać przerażenia ani podejrzeń.

To, że John spotkał na swojej drodze Sherlocka Holmesa, było niczym dar niebios. Jednocześnie Watson był niemal pewny, że jego własna osoba także jest postrzegana jako dar, jeżeli nie przez Sherlocka, to na pewno przez Mycrofta, który skądsiś dowiedział się o rytualnych sprzeczkach odnośnie dżemu pomarańczowego i zarządził regularne dostawy tego specyfiku do domu na Baker Street.

///////////////////

"John. Widzę, że twój blog nabiera życia."

Thompson nie wyglądała na zadowoloną. John czekał na koniec wypowiedzi, zastanawiając się, czy zdążą skończyć tą sesję terapeutyczną, zanim Sherlock dotrze do kostnicy w St.Bart i rozpocznie oględziny przeciętego na pół piłą osiową mężczyzny. Mężczyzna nie był ani bogaty, ani wpływowy, jego śmierć była totalnym bezsensem. Ktoś usiekł go ot tak, na przedmieściach Brighton, zabierając portfel, pieniądze i samochód. Nie wiadomo czemu Sherlock tak zapalił się do sprawy, ale John chciał przy nim być, żeby to zobaczyć i usłyszeć wyjaśnienia. Holmes nigdy nie wykazywał zainteresowania rzeczami błahymi.

Thompson wzięła głęboki oddech i zacisnęła dłonie na swoich notatkach.

"Twój blog nabiera życia, ale nie twojego, John. Większość tego co piszesz, dotyczy Sherlocka Holmesa."

John odniósł wrażenie, że w stwierdzeniu Thompson czai się pytanie i jest ono wyjątkowo podchwytliwe. Terapeutka pokręciła głową, wystukując pospieszny długopisem.

"John. Powiedz mi, bo w zeszłym tygodniu uniknąłeś odpowiedzi. Nie czujesz potrzeby, żeby zacząć się czymś opiekować, troszczyć się o coś tak poza pracą? Rozważyłeś już może zakup zwierzątka? Albo chociaż jakiejś małej roślinki doniczkowej..."

"Nie. Troszczę się ostatnio aż za dużo." odpowiedział spokojnie John, nie miał pojęcia czemu zabrzmiał w swoich własnych uszach dumne. "Nieustannie się troszczę o coś."

Bo opieka nad Sherlockiem Holmesem to sprawa całodobowa.

Thompson przestała stukać długopisem i napisała w swoim notesie długie, wzburzone, niewątpliwie niezbyt pochlebne zdanie.

///////////

Zaczęło się całkiem niewinnie i naturalnie.

"Masz rozpiętą koszulę." zauważył John. Sherlock, stukający z furią w klawiaturę komórki, znieruchomiał i spojrzał na niego nieruchomymi, szaroniebieskimi oczyma obserwatora. Obserwatora, który najwyraźniej zapomniał, że jest początek lutego i lepiej zapinać koszulę, nieważne jak długi płaszcz się nosi.

John westchnął niecierpliwie i wyciągnął dłonie. Lestrade właśnie dzwonił, nie było czasu do stracenia, a Sherlock z pewnością przedkładał sprawy intelektu i ducha nad przyziemną i pospolitą infekcję górnych dróg oddechowych. Nie było sensu tłumaczyć. John uwinął się raz dwa. Górne guziki w koszuli Holmesa zostały zapięte, szalik poprawiony a poły płaszcza przyklepane.

John spojrzał na odbicie swoje i Sherlocka w dużym, przykurzonym, przedpokojowym lustrze.

"No, możemy iść."

Sherlock z głośnym piknięciem wysłał smsa i zmierzył Johna kalkulującym, zimnym spojrzeniem, po czym najwyraźniej przypomniał sobie, że sprawa jest pilna i ruszył w kierunku drzwi. John jak zwykle skrycie podziwiał umiejętność wprawiania się w ruch, którą jedyny w świecie detektyw konsultant prezentował. Sherlock nie chodził, Sherlock kroczył, podobnie jak nie pił, tylko gasił pragnienie, nie jadł a spożywał, nie mówił a wygłaszał. Po prostu wszelkie czynności Holmes przetwarzał na ich dramatyczne, literackie wzory, o zdecydowanie większej sile rażenia. Kroczący Sherlock miał wielką siłę rażenia, dużo większą niż idący zwyczajnie, nieco kulejący John Watson.

Gdy byli już w taksówce i pruli przez zaśnieżony Londyn ku kolejnemu miejscu przestępstwa, Sherlock na chwilę podniósł wzrok znad wyświetlacza komórki, spojrzał na Johna i dotknął lekko kołnierza swojego płaszcza.

"Co?" zapytał John, unosząc brwi. Sherlock przez długi moment mierzył go nieruchomym wzrokiem.

"Nic."

I tak naturalność gestu uśpiła czujność Johna i pozwoliła mu wejść w przestrzeń osobistą Sherlocka Holmesa. Jak się później okazało, na stałe i dość głęboko.

Rzeczy toczyły się swoim trybem. John, żeby nie wyjść na towarzyszącego wszędzie Sherlockowi desperata, biegnącego na każde jego wezwanie, znalazł w końcu stałe zatrudnienie na chirurgii w St. Bart. Najpierw na pół etatu, potem na cały etat. Przed poznaniem Sherlocka John był pełnoprawnym inwalidą wojennym, na dodatek bezrobotnym, utrzymującym się z renty. Teraz, gdy miał na głowie detektywistycznego konsultanta, jego enigmatycznego brata, oraz całkiem przyjemnie wyglądające, ciekawe życie, John potrzebował zarówno pieniędzy jak i równowagi, finansowej i nie tylko. Fakt, może sale operacyjne nie były najlepszym miejscem na rozprostowanie duszy po awanturniczych potyczkach, w które wciągał go Holmes, ale przynajmniej utrzymywały zdolności lekarskie w szachu, plus pozwalały zarobić.

Kontakt z osobami, które nie zrywały się o trzeciej nad ranem, żeby zacząć rzępolić na skrzypcach, albo podpalić liście kuchennego, niezwykle wytrzymałego fikusa, także Johnowi dobrze robił, tak poza korzyściami finansowymi.

Z czego utrzymywał się Sherlock, nikt do końca nie wiedział. On sam zbywał wszelkie pytania pogardliwym milczeniem, albo suchą pogadanką na temat eliminowania ze swojego genialnego mózgu informacji nieprzydatnych. John skrycie podejrzewał, że za tym, iż mimo wszystko samozwańczy konsultant detektywistyczny ma za co żyć, jest odpowiedzialny Mycroft, i jego niezmierzone armie podwładnych. To, albo rzesze zadowolonych, bogatych klientów, których Holmes ratował z opresji, jeżeli tylko przychodzili do niego z wystarczająco ciekawą sprawą. Tak czy owak, John zadecydował, że w domu na Baker Street 221B przynajmniej jedna osoba powinna zarabiać w jawny sposób, płacić podatki i w razie co mieć wydolność kredytową.

John nie wątpił, że Sherlock, posiadając brata takiego jak Mycroft, mógłby spokojnie brać kredyty, tylko i tak pilnować ich musiałby John, więc już lepiej było, żeby doktor Watson brał na siebie tego typu bankierskie potrzeby.

Sherlock na początku, gdy John zaczął pracować jako chirurg, chodził po ścianach. Pani Hudson opowiadała przy herbatce, jak to detektyw wywrócił kanapę, przeszukiwał półki, demolował rzędy książek, rozrzucając je po całym salonie, aby na końcu spowodować śmierdzący chlorem i siarką wybuch w łazience. Wybuch zalał kuchnię pani Hudson. John, który wrócił po dwóch zmianach, sprzątał niemal do północy.

"Przecież nie musisz mi pomagać." zauważył Sherlock, gdy John, sterany, spocony i zły, wdrapał się po schodach na górę i opadł ciężko na fotel. "Zrobiłbym to sam, tylko trochę później."

Już to powinno dać Johnowi do myślenia, ponieważ owszem, nie musiał Holmesowi pomagać. A jednak to robił.

Trochę później Sherlock spowodował kolejny wybuch, tym razem w przedpokoju, i tym razem pachnący sfermentowanymi burakami. John nie pomógł sprzątać, chociaż było to dla niego pewnym wyzwaniem. Nie miał pojęcia, czemu odczuwał potrzebę nieustannego uprzątania świata po Sherlocku Holmesie.

Życie Johna z Sherlockiem obfitowało w tyle przygód, nagłych zwrotów akcji, zazdrosnych kochanków i otrutych konkubentów, że zapomnienie o całej sprawie z zapinaniem guzików, było rzeczą łatwą. Holmes bałaganił, obrażał ludzi, wysadzał w powietrze i polewał kwasem solnym, a John sprzątał, przepraszał, upominał i gasił chemiczne pożary kocem. Rzeczy toczyły się swoim trybem, a właściwie nie, rzeczy toczyły się swoim trybem, ale z małymi, niemalże niezauważalnymi modyfikacjami.

Po paru miesiącach niewypowiedziane stało się oczywiste, a oczywiste stało się wymaganym i oczekiwanym. To co dla Johna i Sherlocka powoli stawało się codzienną rutyną i normą, dla ludzi z zewnątrz znaczyło coś zupełnie innego. I tylko dla nich był to dobrze funkcjonujący mechanizm, normalny i naturalny, tak jak normalny i naturalny był podział obowiązków, pomiędzy współlokatorami na Baker Street 221B. W ich własnej przestrzeni było oczywiste, że John zmusi Sherlocka do zapięcia płaszcza i poprawi mu szalik, a Sherlock w piątkowy wieczór, jeżeli akuratnie nie ma żadnej sprawy, zrobi pranie i opierze cały dom. Włącznie z bielizną współlokatora.

"Pranie mnie uspokaja." wyjaśnił Sherlock, kiedy po raz pierwszy John złapał go w szale zbierania brudnych ubrań, serwet, firan. "Jak masz coś, to daj. Nie ma sensu robić prania oddzielnie."

I John przyjął wyjaśnienie Sherlocka, bo już tak miał, że nie potrafił dyskutować z geniuszem, usiłującym wydobyć mu z komody torbę z brudnymi skarpetkami. Unia, związek, cokolwiek to było, żyła sobie dalej, rozwijając się i zagarniając coraz to nowe tereny. John nie przypominał sobie, żeby którakolwiek z jego dziewczyn robiła mu przepierki bielizny, a Sherlock robił. I jeszcze komentował.

"Naprawdę John? Bokserki ze Spidermanem?"

////////////

Lestrade, zawinięty po nos w szal, z kapturem naciągniętym niemalże na oczy, patrzył, jak Sherlock w rozchełstanym płaszczu zwija się, przykuca, czołga i generalnie kręci się po miejscu przestępstwa. Bez czapki, w rękawiczkach, z szalikiem, dyndającym mu z kieszeni. John stanął obok Lestrade, który odchrząknął znacząco i podał mu parujący, papierowy kubek. Watson podziękował skinieniem głowy a Greg odsunął kaptur, żeby także napić się gorącej lury, którą policja nazywała kawą rozpuszczalną.

Sherlock właśnie klęczał na czworaka i przyglądał się czemuś pod lupą.

"Od samego patrzenia jestem zmęczony." Lestrade psyknął, parząc sobie język. "Skąd on ma tyle energii do diabła?"

"Mnie się nie pytaj, Greg. Ja wiem tylko, że na pewno nie z jedzenia, bo je bardzo mało." John wzruszył ramionami, z rozbawieniem wodząc wzrokiem za tańczącym walca po miejscu zbrodni Sherlockiem, który wstał już z kolan i wykonywał właśnie jakąś skomplikowaną figurę nad ciałem ukatrupionego szefa mafii. "Co mnie z kolei zastanawia to to, czemu Holmes nie choruje. Bez szalika, w takie śniegi..."

Sherlock, jakby wywołany przez swoje nazwisko, znalazł się znienacka tuz przed Johnem i Gregiem, z rozczochranymi włosami, bladą gębą i uśmiechem maniaka.

"Traktor." oznajmił z rozmachem, w sposób widoczny szukając w oczach Johna potwierdzenia i uznania. "Traktor! To przecież takie oczywiste!"

Lestrade uniósł pytająco brwi i podparł się rękoma pod boki. John natomiast, wiedząc, że Sherlock sam z chęcią wyjaśni swój oczywisty tok myślenia, zajął się dogrzewaniem jego wyziębionego zapewne ciała. Szalik został wyciągnięty z kieszeni, rozłożony, złożony na dwa i zawinięty ciasno dookoła długiej, bladej szyi Sherlocka, natomiast kołnierz jego płaszcza został postawiony na sztorc. John cmoknął z dezaprobatą, gdy dotknął przez przypadek zimnego policzka Holmesa.

"Jak lód. Zapadniesz na jakąś infekcję i nawet nie oczekuj ode mnie współczucia, a już tym bardziej lewej recepty na leki przeciwbólowe."

Szaroniebieskie oczy Holmesa śledziły ruchy Watsona, dokładne i precyzyjne. John cofnął dłonie, zadowolony z końcowego efektu. Szalik był zawiązany perfekcyjnie.

"No, przynajmniej nie będziesz szczękał zębami."

Sherlock wydął usta, następnie odwrócił się od Johna w stronę Lestrade, Donovan i Andersona, po czym wyprodukował tyradę detektywistyczną. Jak to druga żona mafiosa postanowiła zemścić się na trzeciej żonie, namawiając swojego obecnego partnera, skądinąd bardzo spokojnego rolnika z terenów Canterbury, aby utłukł bogatego zdrajcę. Mafioso został wabiony, rzekomo, aby podpisać jakieś dokumenty, ogłuszony tępym narzędziem, najprawdopodobniej lewarkiem, wrzucony na tyły traktora i wywieziony na obrzeża Londynu. Rolnik szybko zorientował się, że były mąż jego partnerki jest kimś nieco bardziej niebezpiecznym niż zwykły biznesmen, wystraszył się, zaczęła się kłótnia i tak rozjuszona eks małżonka i jego ogłuszyła, po czym uciekła z pieniędzmi.

Traktorem dojechała do oddalonego o dwie stacje kolejowe dworca, gdzie traktor, zapewne z wszystkimi śladami zbrodni i ogłuszonym rolnikiem, zostawiła, zrobiła drobne zakupy ubraniowe, poprawiła fryzurę w toaletach publicznych i wyjechała.

"Nie jest daleko. Zapewne do Walii, odwiedzić swoją siostrę." zakończył Sherlock i powiódł wzrokiem po swoich słuchaczach. Lestrade miał jak zwykle neutralną minę i usiłował zachować pozory nonszalancji, Donovan z ramionami założonymi na piersi była wcieleniem sceptycyzmu i nieufności, a Anderson nie mógł domknąć otwartych ust.

John z kolei jak zwykle poczuł niewytłumaczalną dumę i jak zwykle zastanowił się, czemu ją czuje. W końcu geniusz wspaniałego umysłu Sherlocka nie był absolutnie jego zasługą. Zasługą Johna było tylko to, że Holmes nie zachorował na grypę ani nie złapał żadnego wirusa, zapadł jedynie na zwykły, uwłaczająco pospolity jak to Sherlock określił, katar.

///////////

To się po prostu działo i trudno było wskazać początek procederu. Z początku byli zwykłymi współlokatorami, którzy dzielą razem przestrzeń, rachunki i sprzęt elektroniczny, ale nie dzielą razem garderoby. Następnie, nie wiadomo kiedy i jak, garderoba także zaczęła być wspólna, a konkretnie zawłaszczona została garderoba Johna. Potem było jedzenie, herbata, dbanie o wizerunek publiczny, skarpetki i samopoczucie emocjonalne i psychofizyczne.

"Nie umawiaj się z nią więcej, John. Jest nimfomanką i ma tendencje do uzależnień, zwłaszcza alkoholowego. Ty, ze swoim obciążeniem rodzinnym, nie powinieneś się spotykać z tego typu kobietami." informował uczynnie Sherlock, podnosząc wysoko brodę i pozwalając Johnowi dopiąć suwak kurtki.

Był środek zimy, nadspodziewanie mroźnej i śnieżnej, a oni śledzili właśnie podejrzanego o morderstwo Jacka Lockehearta. Jack grzał się przy kominku w swojej rezydencji wiejskiej pod Londynem, a oni odmrażali tyłki w niedogrzanym samochodzie Lestrade.

John zacisnął usta i szarpnął suwakiem odrobinę za mocno.

"Siedź cicho i śledź, Sherlock. Nikt cię nie pytał o zdanie na temat mojej dziewczyny."

Sherlock naburmuszył się i zamilkł, w ramach zemsty wypijając całą kawę ze wspólnego termosu. Lestrade jeszcze długo opowiadał, że nigdy nie był aż tak blisko uduszenia Holmesa gołymi rękami.

Tak więc John w sposób całkiem naturalny wchodził w przestrzeń prywatną Sherlocka. Dopinał guziki koszul, zasuwał suwaki kurtek, poprawiał szaliki i mankiety płaszcza. Sherlock poddawał się tym zabiegom z właściwą sobie dekadencją i pobłażaniem, jednocześnie uważnie śledząc poczynania doktora Watsona względem swojej garderoby.

Nigdy nie protestował. John postanowił się zanadto nad tym nie zastanawiać. Nie zastanawianie się często pomagało przeżyć pośród chaotycznego, ale ciekawego wiru, jaki wytwarzał dookoła siebie Sherlock.

"Musi darzyć cię dużym zaufaniem, doktorze." powiedział Mycroft, kiedy po raz kolejny pojawił się ze zleceniem dla Sherlocka, które to zlecenie zostało od razu przekazane Johnowi. "Od kiedy skończył siedem lat nie pozwalał się dotykać w ten sposób. Nawet mamusia musiała uznać jego życzenie. Awanturę, którą urządził przez poprawioną czapkę uszankę służba do tej pory wspomina w rezydencji."

John nie wiedział co powiedzieć, więc zrobił to, co zwykle.

"Może herbaty?" herbata zawsze działała, gdy John zostawał zapędzony w kozi róg milczenia przez szarą eminencję brytyjskiego rządu.

Mycroft uśmiechnął się jaszczurkowato i wstał, obracając w dłoniach rączkę parasola.

"Nie, dziękuję. Czas na mnie."

Sherlock, stojący przy kominku i strojący skrzypce, przesunął po nich gwałtownie smyczkiem. Rozdzierająco wysoki dźwięk przepruł spokojną, nieco przykurzoną ciszę salonu na Baker Street a Mycroft wyprosił się bez słowa przy ogłuszających jękach i łkaniach skrzypiec. John spojrzał z ukosa na Sherlocka, który płynnie przeszedł z potępieńczego rzępolenia do lekkiego, wiosennego brzmienia kanonu Pachelbela.

"Ja owszem."

"Słucham?" nie zrozumiał John, ale Sherlock już podchodził do okna, kołysząc się w takt harmonijnej, uspokajającej muzyki.

"Herbata. Ja owszem. Z chęcią."

"Ach tak."

John z dziwną pustką w głowie skierował się w stronę kuchni, gdzie przyrządził cały dzbanek gorącej, aromatycznej herbaty. Czarnej z cytryną. Po namyśle dodał także talerz krakersów i ciastek z dżemem. Przy odrobinie szczęścia razem z herbatą uda się przemycić Holmesowi także nieco kalorii.

Rzecz polegała na tym, że uwaga Mycrofta poruszyła coś, czego John sumiennie unikał. Ponieważ, jeżeli doktor Watson bliżej przyjrzał się sprawie, faktycznie było coś niestosownego w łatwości, z jaką przychodziło mu dotykanie Sherlocka. To, co na co dzień było dla nich normalne i naturalne, z zewnątrz wcale takie być nie musiało. Ba, z zewnątrz mogło ujawniać inne, niepokojące cechy i właściwości ich związku.

"Unii." mawiał Sherlock, czytając coś z uwagą na laptopie i z wdziękiem pozwalając Johnowi dolać sobie herbaty. "To unia, związek zdecydowanie łatwiej zerwać."

John miał chęć wytknąć, że związek jak i unię, można zerwać równie łatwo, ale wątpił, żeby Sherlock miał jakieś większe doświadczenia w kwestii związków, więc dyskusja byłaby bezowocna.

Resztę wieczoru spędzili razem, John zmywając i porządkując kubki i talerze w szafkach, Sherlock dotrzymując mu towarzystwa i relacjonując rozwiązania starych spraw, które Lestrade przesłał mu w ramach zagwostki intelektualnej. Holmes nie miał pojęcia, jak Scotland Yard mógł przeoczyć tak oczywiste ślady i wskazówki, a John nie mógł wyjść z podziwu, że za głębokimi talerzami zalęgły się małe pająki, których, oczywiście, nie miał serca zabijać, i które tylko przepędził, niszcząc ich pajęczynę ścierką.

Około dziesiątej wieczorem telefon od Grega przerwał idyllę, wzywając Sherlocka i doktora Watsona na miejsce przestępstwa. Dzień jak co dzień.

///////////////

Coraz więcej ludzi zaczynało zauważać drobne gesty, które John miał zarezerwowane w sumie tylko dla Sherlocka. Molly w zachwycie patrzyła, jak Watson zapina Holmesowi guziki u mankietów, a Holmes, nie przerywając wykładu na temat rodzajów zbrodni w afekcie, posłusznie podaje mu do zapięcia drugą rękę. John nie przypominał sobie, żeby zapinał guziki przy mankietach swojej obecnej dziewczynie, Annie. Nawet po seksie. Bardzo dobrym, przyzwoitym, wystarczającym seksie, zapewniającym spokój duszy i hormonów, obiecującym coś więcej niż tylko przelotny, namiętny związek.

Kogo John chciał oszukać. Seks z Anną był jak dokańczanie trzydniowej zupy, żeby się nie zmarnowała, na początku miał swój klimat, potem zalatywał już tylko nudą i przykrą świadomością, że je się, ponieważ nie chce się wyrzucać resztek.

"Zerwij z nią." westchnął dramatycznie Sherlock i strzepnął nerwowo gazetę. Siedział właśnie przy kuchennym stole, w piżamie, z nogą założoną na nogę, i udawał, że je rozgrzebanego artystycznie na talerzu tosta. "Jak seks zaczyna być nudny, powinno się zerwać."

John, który właśnie wrócił po nocy, spędzonej u Anny, łypnął mściwie na Sherlocka.

"A skąd ty możesz o tym wiedzieć?"

Sherlock zwrócił na Johna oczy, niemożliwie niebieskie w świetne marcowego poranka i skrzywił usta.

"Czytam, John. Oraz, co wymaga wspomnienia, to ja muszę wytrzymywać twoje fochy, które zawsze prezentujesz, ilekroć seks w twoich pospolitych i nudnych związkach zaczyna być dla ciebie incydentem żmudnym. Tak było z Weroniką o końskiej twarzy, uroczą ciemną masą o imieniu Ginny, z nieprzytomnie nużącą Lynn z kadr, oraz, jak widać, także z szaroburą myszą Anną."

John słuchał Sherlocka, usiłując nie wpaść w atak apopleksji i wściekłości, jednocześnie zafascynowany, że Holmes tak ściśle śledzi historię jego związków. Oczywiście, przed Holmesem trudno było cokolwiek ukryć, zwłaszcza, jeżeli dzieliło się z nim mieszkanie, ale też równie trudno było wywalczyć sobie w jego genialnym umyśle przestrzeń. Sherlock pamiętał tylko to, co pamiętać chciał, niekoniecznie rzeczy tak podstawowe jak istnienie układu słonecznego, niekoniecznie numer swojego konta bankowego oraz fakt, że patelnię po użyciu należy umyć i schować do szafki, a nie wystawiać ją na balkon, skąd ziała zielonymi oparami jeszcze dobre parę godzin.

Sherlock najwyraźniej wziął zdumione milczenie Johna za koniec rozmowy i postanowił zadbać o siebie. Jak zwykle. Jak zawsze. Podomowa wersja Sherlocka była o wiele bardziej nieobliczalna niż wersja detektywistyczna.

"Kawa." wygłosił ostrym tonem Holmes, a John, chociaż wcale nie chciał i miał w planach złość i teatralne opuszczenie kuchni, wstał, wlał wodę do miedzianego czajniczka i wsypał do niego cztery czubate łyżki kawy.

"Dziękuję." powiedział uprzejmie Sherlock i wrócił do czytania gazety, chrupiąc od niechcenia tosta ze znienawidzonym, ale już oswojonym dżemem pomarańczowym.

"Nie ma za co." odpowiedział John, dziękując niebiosom, że Sherlock nie zechciał nagle podzielić się z nim, w jaki sposób wydedukował jakość seksu z Anną. Myśl, że Holmes kataloguje życie płciowe i emocjonalne Watsona, była zatrważająca, jednocześnie ciekawa i nowa. Zresztą, nie było o co kruszyć kopii. John i tak był zadowolony, że wchodzi w związki z kobietami, owszem, czasowe i krótkotrwałe, ale zawsze. To była i tak wielka poprawa, zważywszy, że po powrocie z Afganistanu i samotnej wegetacji wojennego weterana, niezdolnego nawet do opieki nad zwierzakiem, doktor Watson był do związków po prostu niezdolny.

Nie było idealnie, ale jakoś było. Z uśmiechem i do przodu.

Uchwyt czajniczka zaczął drgać w dłoni Johna, sygnalizując, że jeszcze chwila, a kawa się zaparzy. Smakowity zapach uniósł się nad kuchnią i Watson nie mógł się uśmiechnąć, widząc, jak Holmes, nie odrywając wzroku z gazety, z zadowoleniem rozdyma skrzydełka nosa, wdychając kawowy aromat. Powolny klimat niedzielnego poranka, opromienionego marcowym słońcem, leniwe śniadanie, spożywane od niechcenia, jakby czas nie istniał...

John zamarł z połowie wlewania kawy do kubków, tknięty nagłą myślą. W sumie powinien zostać na śniadaniu z Anną, spędzić z nią miły poranek. W końcu po raz kolejny uprawiali seks i chyba byli na dobrej drodze dostałego, stabilnego związku.

"Skoro dopiero teraz o tym pomyślałeś, to raczej do stabilnego związku jest dość daleko." zauważył mimochodem Sherlock, nie po raz pierwszy udowadniając swoje zdolności telepatyczne.

John zaklął, rzucił łyżeczką do cukru i postawił z rozmachem przed Holmesem jego cholerną kawę. Wspaniale było móc doświadczać genialnych dedukcji współlokatora, uczestniczyć w jego przygodach, dawać się wciągać w jego świat, pełen zasadzek, potyczek, zdrad i skrytobójców na traktorach. Mniej wspaniale było jednak być obiektem tych dedukcji.

Sherlock nie odezwał się, gdy John odrobinę zbyt nerwowymi ruchami zabrał swoją kawę, talerz z tostami i wyniósł się na górę, do swojego pokoju.

Związek z Anną nie przetrwał kolejnego spotkania i kolejnego wystarczającego, przyzwoitego seksu. John został powiadomiony, że Anna ma już na oku kogoś, z kim seks zapewne nie będzie podobny do ciężkiej orki i przykrego obowiązku. Sherlock został powiadomiony, że jeżeli skomentuje sytuację chociaż słowem, pięść Johna dokona trwałych szkód na jego twarzy, daleko lepiej niż niejedno koło traktora.

Nie wiadomo było, czy Sherlock milczał pod presją groźby, czy dlatego, że właśnie pojawiło się nowe, ciekawe śledztwo, dotyczące zastrzelonych nocą sióstr syjamskich i Holmes potrzebował wbić się w swój najlepszy garnitur. Ten z wielką ilością guzików przy mankietach i kołnierzu.

"Chodź, pomożesz mi się pozapinać." powiedział Sherlock, jakby wyświadczał Johnowi przysługę, jednocześnie usiłując brzmieć przepraszająco. "Sprawa czeka. Może być niebezpiecznie."

Już jest niebezpiecznie, pomyślał John, ale nie powiedział nic, tylko podszedł i zaczął pomagać Holmesowi przyodziać jego wyrafinowany garnitur.

End

by Homoviator 3/2012

 

August 2017

S M T W T F S
  12345
67 89101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Sep. 20th, 2017 03:50 am
Powered by Dreamwidth Studios